G12as – tak oznaczona została nowa taryfa za prąd pozwalająca na jego tańsze zużycie w godzinach od 22 do 6. Urząd Regulacji Energetyki zatwierdził już stawki czterem koncernom energetycznym kontrolowanym przez Skarb Państwa (PGE, Enea, Energa, Tauron). Zdaniem resortu energii rachunki mogą się zmniejszyć nawet o połowę. Brzmi nieźle, prawda? Sęk w tym, że może się tak stać pod warunkiem, że mówimy o wymianie najgorszego pieca węglowego na ogrzewanie elektryczne, i to przy założeniu, że tego ostatniego będziemy używać praktycznie wyłącznie w nocy. Nie wiadomo jednak, czy za wymianę węglowego kopciucha na elektryczny kaloryfer zapłacimy sami, czy państwo nam pomoże.

Ciekawe jednak, że resort zdecydował się opublikować swoje wyliczenia dopiero po tym, jak skorygowano założenia taryfy antysmogowej. A to dlatego, że branżowe media i eksperci wykazali, że w pierwotnej wersji będzie ona droższa o 5–15 proc. niż już istniejące taryfy G12 (tańsza energia od 23 do 6 i od 13 do 15) lub G12w (tańszy prąd w dni wolne od pracy). Resort zapewnił jednak, że G12as pozwoli na oszczędności. Sęk w tym, że oparł się na wyliczeniach dla budynków, które powstały w latach 2003–2007, czyli w miarę nowych. A to oznacza, że także całkiem nieźle ocieplonych. Problemem w naszym systemie ogrzewania domów w ogromnej mierze jest ich niewłaściwe docieplenie. W niedogrzanych mieszkaniach mieszka ponad 6 m ln Polaków. Tymczasem nie mamy krajowego kompleksowego programu modernizacji, który pozwoliłby na zmniejszenie rachunków gospodarstw domowych, za to mamy taryfę antysmogową.

Na pewno ucieszy ona posiadaczy aut elektrycznych, których ładowanie w domu w nocy będzie znacząco tańsze. Tyle że jak na razie takich aut w Polsce jest niespełna 2 tys. No, ale w końcu za kilka lat ma być milion.

Tak się składa, że ministerialna konferencja zbiegła się w czasie z dniem wejścia w życie ustawy o  rynku mocy pozwalającej na płacenie producentom energii elektrycznej nie tylko za jej wytwarzanie, ale też gotowość do tego w szczycie zapotrzebowania. Dziś oznacza to mocniejsze wsparcie węgla, z którego w naszym kraju produkujemy ok. 85 proc. prądu. Ale minister energii Krzysztof Tchórzewski dał do zrozumienia (po raz kolejny w ciągu ostatniego roku), że nad Wisłą będziemy mieć atom, więc zaspokojeniem rosnącego zapotrzebowania na prąd nie trzeba się martwić. Zdaniem ministra siłownia jądrowa powstanie, a budowa pierwszego reaktora mogłaby ruszyć jeszcze za jego kadencji w ministerstwie.

Trudno jednak się do tego odnieść, bo nasz atom jest jak yeti –  każdy go zna, ale tylko ze słyszenia. Polska wciąż nie ma opracowanej polityki energetycznej kraju, określającej, jak ma wyglądać tzw. miks energetyczny. Jedyne, co wiemy, to że podstawą naszej energetyki ma być węgiel. A skoro już przy węglu jesteśmy, to ustawa o jakości paliw, będąca częścią obietnic z programu Czyste Powietrze, wciąż nie ujrzała światła dziennego. Z kolejnego projektu usunięte zostały kryteria dotyczące np. zawartości siarki. A z projektu ustawy o elektromobilności wyrzucono przepisy pozwalające samorządom na pobieranie wyższych opłat za wjazd do centrum miast najbardziej kopcących aut. Ale za to wiceminister energii po raz kolejny winą za braki węgla (a także za jego wyższą cenę) obarcza samorządy, które wprowadziły uchwały antysmogowe, zakazując sprzedaży węgli najgorszej jakości, czyli mułów i flotokoncentratów. Tyle że, jak wiadomo, Polak potrafi. Niejeden więc bierze dostawczaka i jedzie do sąsiedniego województwa – gdzie nie ma uchwał antysmogowych – po muł węglowy, kto mu zabroni, skoro przepisów ogólnokrajowych w tej sprawie brak.

Od taksówkarza, z którym niedawno jechałam, usłyszałam historię złomiarza, który co jakiś czas pod Garwolinem odwiedzał znajomą ekspedientkę i odbierał od niej puste rolki z kasy fiskalnej. Kierowca spytał go kiedyś, do czego mu są potrzebne. „Chłopie, to się pali dłużej i lepiej niż węgiel!”.