Po raz pierwszy Ośrodek Przetwarzania Informacji - Państwowy Instytut Badawczy, który monitoruje ekonomiczne losy absolwentów szkół wyższych, przeanalizował, jak często studenci modyfikują swoje ścieżki kształcenia - a dokładnie, ilu rezygnuje ze studiów, robi przerwę w nauce albo zmienia kierunek.
Z zebranych danych wynika, że 24,8 proc. studentów porzuca studia (tzw. dropout). Najczęściej dotyczy to kierunków teologicznych, związanych ze sztuką czy humanistycznych. Najrzadziej ze studiów definitywnie rezygnują studenci medycyny, kierunków ścisłych i przyrodniczych. Najwięcej osób odchodzi na pierwszym i ostatnim roku nauki (patrz też: wywiad poniżej).
OPI sprawdził również, ile osób decyduje się na przerwę w studiowaniu, by wrócić na nie ponownie, np. po roku czy dwóch latach. Okazuje, że to rzadko wybierane rozwiązanie - przykładowo w przypadku nauk społecznych zaledwie 6 proc. studentów podejmuje studia ponownie, a inżynieryjno-technicznych - 7 proc.
Natomiast więcej osób decyduje się na korektę kierunku, czyli zmienia studia na inne (najwięcej tych, którzy studiują kierunki ścisłe i przyrodnicze - 28 proc., humanistyczne - 23 proc., a najmniej studentów fakultetów związanych ze sztuką - ok 12 proc.).
Łącznie na modyfikację ścieżki kształcenia (sumując dropout, przerwę i korektę) decyduje się ok. 60 proc. studentów.
Poczekalnia to problem
- Widać wyraźnie, że studenci rzadziej porzucają te studia, na które trudniej się dostać oraz których ukończenie daje wiele korzyści, m.in. większe szanse na znalezienie dobrze płatnej pracy (tak jak jest w przypadku osób z dyplomem inżyniera czy lekarza). Wybór studiów medycznych czy ścisłych zazwyczaj jest bardziej przemyślany, bo wymaga też większego wysiłku podczas przygotowania do matury - mówi Monika Fedorczuk, ekspertka Konfederacji Lewiatan. Zwraca uwagę, że kierunki, z których studenci częściej rezygnują, być może nie były ich pierwszym wyborem. - Co prawda nie ma już obowiązkowej służby wojskowej, ale nadal często jest tak, że niektóre osoby decydują się na studia nawet na kierunku, do którego nie są przekonane, ponieważ nie chcą tracić roku i nie mają innego pomysłu na siebie. W momencie jednak, gdy pojawia się ciekawa oferta pracy czy miejsce na fakultecie, który zapewni lepsze perspektywy na rynku, rezygnują z pierwszych studiów - dodaje Fedorczuk.
Podobne spostrzeżenia ma prof. Jarosław Górniak, prorektor ds. rozwoju Uniwersytetu Jagiellońskiego. - Jest pewna grupa kierunków, która bardziej narażona jest na dropout, i są pewnego rodzaju poczekalniami. Są to np. kierunki humanistyczne, społeczne, pomiędzy którymi granice są dość płynne. Przykładowo jeżeli kandydat nie dostał się na prawo, to wybiera często pokrewny kierunek, jednak gdy uda mu się w przyszłym roku lepiej zdać maturę i dostać na wymarzone studia, porzuca te pierwsze - tłumaczy.
Ktoś musi zapłacić
Nieprzemyślane decyzje generują jednak duże koszty, za które płacą albo sami studenci (jeżeli dostali się na studia płatne), albo budżet państwa (gdy studiowali na uczelniach publicznych w trybie dziennym). - W tym drugim przypadku jest to oczywiście marnowanie publicznych pieniędzy. Można się zastanawiać nad wprowadzeniem odpłatności za studia czy limitowaniem dostępu do kierunków, na absolwentów których nie ma zapotrzebowania na rynku pracy. Można dyskutować o tym, czy potrzebujemy tylu filozofów, politologów, socjologów itd. To pytanie, czy zależy nam na finansowaniu studiów potrzebnych gospodarce, czy też na niematerialnym kształceniu społeczeństwa w szkołach wyższych (które nie przełoży się bezpośrednio na zysk dla gospodarki)? Na to nie ma jednak prostej odpowiedzi - wskazuje Monika Fedorczuk.
Błędne decyzje studentów to także nie lada kłopot dla szkół wyższych. - Uczelnie śledzą dane dotyczące dropoutu, ponieważ znaczny odsetek rezygnacji ze studiów to dla nich dość poważny problem z uwagi na koszty. Szkoły wyższe mają przygotowane sale, kadrę do kształcenia określonej liczby studentów. Jeżeli połowa rocznika odchodzi już po pierwszym semestrze, to nie ma jak wypełnić pensum nauczycieli akademickich, sale stoją puste, a to generuje niepotrzebne wydatki - wyjaśnia prof. Górniak.
Dodaje, że z tych względów uczelnie starają się uatrakcyjnić kierunki, gdzie jest duża liczba odejść. Zwłaszcza ofertę na pierwszym roku tak, aby studenci nie rezygnowali z tych studiów. Jak? Urozmaicają program kształcenia, przyciągają znanymi wykładowcami, kuszą dodatkowymi korzyściami płynącymi ze studiowania (stypendia, ulgi). - Należy też pamiętać, że studenci mają prawo do zmiany decyzji. Po szkole średniej nie zawsze mają pełną wiedzę, jakie możliwości daje uniwersytet. Dopiero na pierwszym roku dowiadują się o kierunkach, które bardziej pasują do ich aspiracji, dlatego zmieniają studia. To całkowicie naturalne zjawisko - kończy prof. Górniak.
Studenci zmieniają zdanie / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe