Reklama

Czy podziękował pan już Ryszardowi Proksie, szefowi oświatowej Solidarności, który twierdzi, że wynegocjował wreszcie z rządem podwyżki płac nauczycieli, proporcjonalne do wzrostu średniej płacy?

(Śmiech) Nic nie wynegocjował. Jak sam mówił w mediach, tylko rozmawiał telefonicznie z ministrem na temat posiedzenia zespołu ds. statusu pracowników oświaty. Na środowym spotkaniu dowiedzieliśmy się jedynie, że minister przedstawi zmiany w systemie wynagradzania nauczycieli, awansu i pensum na kolejnym wspólnym spotkaniu 18 maja.
Coś jednak drgnęło. Nasuwa się pytanie, czy warto było strajkować w kwietniu 2019 r., zamiast negocjować z rządem, jak oświatowa Solidarność?
Strajk nie dotyczył tylko płac. To był wielki protest przeciwko polityce edukacyjnej. A w sprawie płac przedstawiciele oświatowej Solidarności nic nie wynegocjowali. Zresztą sami wielokrotnie skarżyli się w mediach, że rząd nie zrealizował porozumienia. Porozumienia, które podpisał tylko z Solidarnością w nocy, w przeddzień rozpoczęcia strajku, by go storpedować. Środowisko odebrało to wtedy jako zdradę. I tak to jest pamiętane.

Reklama
Anna Zalewska, ówczesna szefowa MEN, twierdzi, że ten projekt już dawno miała w szufladzie, został napisany przez jednego z byłych dyrektorów w resorcie edukacji. Nie procedowała go, bo premier mówił, że nie ma pieniędzy. Czy według pana coś się zmieniło?
Anna Zalewska – cokolwiek by nie mówić o reformach jej autorstwa, które oceniam bardzo krytycznie – jako minister edukacji była bardzo pracowita. Dzisiaj odkurza się jej pomysły, które powstały w czasie okołostrajkowym. Nadal nie ma większych pieniędzy na edukację, choć dziś jesteśmy w szczególnym momencie – powrotu do szkół po roku lekcji online. Państwo powinno wreszcie edukację potraktować priorytetowo.
Wracając do podwyżek – czy zgadza się pan na rozwiązanie zaproponowane teraz przez ministra Przemysława Czarnka?
Te zapowiedzi są na razie nieprecyzyjne, jedynie hasłowe, podobnie jak wiele innych. Czekamy na materiał opisujący proponowane zmiany, bo jak wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach, a ładną prezentację potrafi zrobić każdy. Na pewno wszystko dokładnie przeanalizujemy i przeliczymy. Zmiany, które zasygnalizowano na środowym spotkaniu, są dyskusyjne. Z zapowiedzi przedstawicieli MEiN wynika, że pensum miałoby zostać podniesione, jeśli tak wybierze nauczyciel. Jeśli zgodzi się na wyższe pensum, to miałby więcej zarabiać. Jeśli zostałby przy obecnym pensum, to wynagrodzenie byłoby niższe. Tu powstaje pytanie, ilu nauczycieli straci pracę, ilu będzie ofiarami tego pomysłu.
To na co możecie się zgodzić, a na co definitywnie nie?
Nie zgodzimy się na rozwiązania skutkujące zwolnieniami oraz na pseudopodwyżki. Bo propozycja „pracuj więcej – zarobisz więcej” nie oznacza wyższych wynagrodzeń zasadniczych w oświacie. Jeśli ktoś będzie pracował dłużej, to naturalnie zarobi więcej, ale jego podstawowa pensja nadal będzie tak samo niska. Dzisiaj absolwenci kierunków pedagogicznych, widząc tabelę płac w edukacji – zaczynającą się od poziomu płacy minimalnej – od razu mówią: „nie, dziękuję”. Siłaczek jest coraz mniej, samo powołanie już nie wystarczy do pracy w tym pięknym zawodzie.
Czy nauczyciele będą dobrowolnie zgadzać się na zwiększenie pensum o dwie godziny za wyższe wynagrodzenie?
To nie jest propozycja, na którą nauczyciele dobrze reagują. W lutym ubiegłego roku zaproponowaliśmy, by płace nauczycieli rosły razem z wynagrodzeniami w gospodarce narodowej. Przygotowaliśmy obywatelski projekt, ale zbiórkę podpisów pod nim uniemożliwiła pandemia. Nadal uważam, że projekt gwarantujący zrównanie pensji nauczycieli ze średnim wynagrodzeniem w kraju jest dobrym pomysłem na odbudowę prestiżu tego zawodu.
Na takie zmiany potrzebne są dodatkowe pieniądze i wyższa subwencja?
Podstawą jest wzrost nakładów na edukację. O to powinien walczyć w rządzie minister edukacji, a nie zajmować się tematami zastępczymi, jak powołanie nowej dyscypliny naukowej – biblistyki.
A co wymaga pilnych zmian w prawie oświatowym lub pragmatyce zawodowej nauczycieli?
Najpilniejszą rzeczą po tym, jak uporamy się z konsekwencjami zdalnego nauczania, jest odbudowa statusu zawodowego nauczycieli, również przez zwiększenie wynagrodzeń. Dopóki praca w dyskoncie jest lepiej opłacana niż kształcenie młodych ludzi, niestety będziemy mieć jako społeczeństwo wiele problemów. Te kadrowe, które obserwujemy od niedawna w polskich szkołach i przedszkolach, tylko się pogłębią. Potrzebujemy też więcej autonomii i mniej biurokracji.
Cieszy się pan, że uczniowie wracają do szkół? Można się spodziewać wielkiego testowania, czyli sprawdzianów i kartkówek w ostatnich tygodniach nauki?
W ogłoszeniu tej decyzji zabrakło bezpośredniej komunikacji z uczniami i nauczycielami. Nie wystarczy tylko podanie daty powrotu przez ministra. Po roku zajęć zdalnych potrzebna jest strategia powrotu, wskazówki, wytyczne, księga dobrych praktyk. To przecież wyjątkowy czas i doświadczenia, których nikt przed nami nie miał. A słyszymy tylko od ministra Czarnka o brakach, nadrabianiu zaległości, zajęciach dodatkowych i wyrównawczych.©℗