W takiej sytuacji znalazł się absolwent jednej z prywatnych szkół. Mimo że studentem dawno nie jest, uczelnia przypomniała sobie o nim i o długu. Sprzedała go firmie windykacyjnej, która teraz ściga biedaka. Żąda zwrotu kilku tysięcy złotych. Ten argumentuje, że z nauki nie korzystał, egzaminów nie zdawał, sesji nie zaliczył. To jednak windykatora nie obchodzi. Na liście studentów widniał, więc czesne było naliczane.

W odpowiedzi na pytanie, jakim prawem, jak można dostać rachunek za kształcenie również za 2006 r., gdy na uczelni ostatni raz było się w 2003 r., firma ścigająca dłużnika powołała się na, jej zdaniem, analogiczną sytuację. Gdy abonent, strona umowy o świadczenie usług telekomunikacyjnych, nie wykonuje połączeń telefonicznych albo wyrzuci telefon do śmieci, nie oznacza to, że rozwiązał kontrakt z operatorem. Dopóki nie złoży oświadczenia o wypowiedzeniu umowy, wiąże ona nadal obie strony.

W przypadku uczelni sprawa nie jest taka prosta. Student, który nie zostanie wpisany na kolejny semestr, nie jest uprawniony, aby korzystać z jej oferty. Szkoła nie świadczy wobec niego żadnych usług. Nie ponosi kosztów.

Uczelniom po prostu opłaca się jak najdłużej trzymać studentów na liście. Dlatego niechętnie zrywają zawarte ze studentami umowy. Celowo konstruują je tak, że z raz podpisanej umowy trudno się wycofać. Staje się ona cyrografem, a osoba, która ją zawarła, wiecznym studentem.