Na ten cel samorządy otrzymają 504 mln zł. Pierwotnie premier obiecywał, że będzie to 500 mln zł, a później kwota ta stopniała do 320 mln zł. Przed kilkoma tygodniami Krystyna Szumilas, minister edukacji, ogłaszała, że cały plan zostanie przesunięty o rok, a zarezerwowane środki trafią na niepełnosprawne dzieci. Z tego pomysłu się jednak wycofała.

– Skoro pieniądze się znalazły, to trzeba się tylko z tego cieszyć. Z naszych informacji wynika, że oszczędności zostały wygenerowane przez ministrów finansów i pracy – potwierdza Zbigniew Włodkowski, poseł PSL i były wiceminister edukacji narodowej.

Podkreśla, że środki na ten cel będą przeznaczone z niewykorzystanych rezerw, m.in. tej dotyczącej zwalczania skutków powodzi.

W kolejnym roku gminy otrzymają na ten cel 1,6 mld zł. Co roku budżetowa pula środków ma wzrastać. Taka forma rekompensaty nie podoba się jednak samorządom.

– Pomysł jest dobry dla rodziców, ale to podarunek od premiera na koszt samorządów – podkreśla Ewa Łowkiel, wiceprezydent Gdyni.

Tłumaczy, że zaproponowane rozwiązanie ma sens, jeśli gminy otrzymałyby dotacje w wysokości 100 proc. kosztów funkcjonowania przedszkoli. Tymczasem nie jest nawet pewne, czy przyznane pieniądze wystarczą na zrekompensowanie gminom obniżki opłat pobieranych od rodziców, choć ci pokrywają tylko 10–15 proc. kosztów utrzymania placówek. Zaznacza, że obecnie w jej mieście jedna godzina opieki w przedszkolu to koszt 4,36 zł. W efekcie miasto dopłaca do oświaty 100 mln zł.

– To nie powinna być dotacja, ale subwencja na dziecko – argumentuje Marek Olszewski, wójt gminy Lubicz, wiceprzewodniczący Związku Gmin Wiejskich RP.

Podkreśla, że subwencję wlicza się do samorządowego dochodu, a więc poprawia to np. zdolność kredytową jednostki. Odwrotnie jest w przypadku dotacji, z której samorząd musi się szczegółowo rozliczyć. Przy takim rozwiązaniu upiera się Ministerstwo Finansów.

Rząd zwraca jednak uwagę na inne, pozytywne skutki zmian. Dostęp do samorządowego przedszkola będzie i tańszy, i łatwiejszy. Od września 2015 r. każde dziecko 4-letnie zyska prawo do edukacji przedszkolnej, a od 2017 r. będzie ono przysługiwało również trzylatkowi.

Pierwotnie takie uprawnienie miało być wprowadzone o rok wcześniej. W efekcie przedszkola będą tańsze, ale przez najbliższe lata dzieci wciąż nie będą miały zagwarantowanego w nim miejsca. Na przykład w Warszawie nie dostało się do nich około 3 tys. dzieci. Co ciekawe, elektroniczny system preferencyjnie traktował trzylatków, a odrzucał np. czterolatki, które wcześniej nie były zapisane z powodu braku miejsc. Dyrektorzy przedszkoli tłumaczą się, że mają miejsce dla tych dzieci, które już kontynuują naukę od początku, czyli trzech lat. A to oznacza, że te starsze mają problemy z dostaniem się do placówki.

– Do naszych przedszkoli nie dostało się około 2 tys. dzieci. Miejsca są blokowane m.in. przez sześciolatki, bo rodzice nie są zdecydowani, czy przenosić je do szkoły, czy zostawić w obecnej placówce – wylicza Katarzyna Fiedorowicz-Razmus z Urzędu Miasta w Krakowie.

Obecnie gminy muszą znaleźć miejsce w przedszkolu dla pięciolatków, które są objęte obowiązkiem wychowania przedszkolnego. Ponadto maluchy mogą też trafić do innej placówki znacznie oddalonej od miejsca zamieszkania. Co więcej, samorządy nie wierzą, że od 2017 r. wszystkie dzieci będą miały zagwarantowane miejsce w przedszkolu.

– To będzie martwe prawo, bo żaden samorząd nie wybuduje 10–15 nowych placówek. A na wsiach to będzie prawdziwy problem, bo tam niewiele ponad 50 proc. dzieci do nich uczęszcza– przekonuje Ewa Łowkiel.