Przedsiębiorcy nie szkolą swoich pracowników, nawet jeżeli mogą to zrobić za pieniądze z urzędów pracy. Taki wniosek płynie z danych resortu pracy. Do maja tego roku wszystkie pośredniaki wydały zaledwie 3,5 tys. zł na zrekompensowanie firmom kosztów szkolenia pracownika. To oznacza, że z takiego dotowanego kursu skorzystała zaledwie jedna osoba (dofinansowanie jest bowiem liczone od wysokości średniej płacy). Nie lepiej było dwa lata temu, kiedy padł rekord. Wtedy urzędy pracy zrekompensowały firmom szkolenia na kwotę 280 tys. zł. – czyli przeszkolono około 80 osób. Powody takiej sytuacji są dwa – firmy nie są zainteresowane dokształcaniem pracowników (szczególnie małe, a tych jest w Polsce najwięcej) oraz nie prowadzą zakładowych funduszy szkoleniowych (ZFS), co jest wymogiem (poza wyjątkami) uzyskania rekompensaty z urzędu pracy.

(Nie)opłacalne szkolenia

Ustawa z 20 kwietnia 2004 r. o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy (t.j. Dz.U. z 2008 r. nr 69, poz. 415 z późn. zm.) przewiduje, że pracodawca, który stworzył zakładowy fundusz szkoleniowy, może otrzymać rekompensatę z Funduszu Pracy do połowy kosztów szkolenia pracownika, choć nie więcej niż równowartość średniej płacy (obecnie 3,6 tys. zł). Wyższa refundacja przysługuje mu za starszego pracownika, czyli takiego, który ukończył 45 lat. Jeśli go przeszkoli, może otrzymać do 80 proc. kosztów szkolenia i aż do 300 proc. średniej płacy (10,9 tys. zł).

Szczególnie atrakcyjna jest refundacja za długie szkolenie, ponieważ mogą się o nią ubiegać także te firmy, które nie mają zakładowego funduszu szkoleniowego. A także dlatego, że nie ma tutaj górnego pułapu zwrotu kosztów. Czyli teoretycznie dyrektor urzędu pracy (UP) może zapłacić za każde szkolenie, niezależnie ile kosztuje, nie więcej jednak niż kwotę odpowiadającą 80 proc. jego kosztów. Pod warunkiem, że trwa ono co najmniej 22 dni robocze (czyli co najmniej miesiąc) w wymiarze równym czasowi pracy pracownika. Problem w tym, że dla pracodawcy to dodatkowy kłopot. Nie dość, że udziela podwładnemu płatnego urlopu szkoleniowego, to jeszcze musi zatrudnić – na miejsce szkolącego się – bezrobotnego skierowanego do niego przez UP.

– Bardzo niewiele firm może pozwolić sobie na tak długą nieobecność pracownika, a te, które byłyby zainteresowane krótszymi szkoleniami, odstraszają obowiązki administracyjne z tym związane – tak Jeremi Mordasewicz z PKPP Lewiatan uzasadnia niechęć przedsiębiorców do inwestowania w kapitał intelektualny osób przez siebie zatrudnionych.

Pracodawca musi złożyć wniosek do dyrektora powiatowego urzędu pracy, żeby otrzymać z Funduszu Pracy zwrot kosztów szkolenia swoich pracowników. Zainteresowany musi przedstawić w urzędzie pracy program szkolenia, wydatków, które zostaną potwierdzone fakturami, i listę uczestników. We wniosku musi też podać kwotę refundacji i informację o uzyskanej pomocy na szkolenia i o pomocy de minimis otrzymanej w ciągu trzech ostatnich lat. Dyrektor ma 30 dni na rozpatrzenie wniosku. Termin ten liczy się od dnia złożenia wniosku. Pracodawca nie może odwołać się od negatywnej decyzji. Jeśli dyrektor urzędu pozytywnie rozpatrzy wniosek, to pracodawca może podpisać z nim umowę.

Nie tylko jednak procedura odstrasza firmy od inwestowania w pracowników, ale także to że uzyskanie wsparcia (poza wyjątkami) uzależnione jest od posiadania ZFS. Tym dysponuje niewielu pracodawców, bo to oni go finansują, co stanowi obciążenie bieżącej działalności.

Firmy nie bez winy

Skomplikowane wymogi związane z uzyskaniem dofinansowania do szkoleń pracowników to jednak tylko jedna strona medalu. Drugą wskazuje Danuta Maliszewska z Urzędu Pracy w Pruszkowie. Twierdzi ona, że od lat obserwuje brak zainteresowania firm refundacją kursów.