Kiedy zaś nagrodą za taki język staje się rola „pierwszego wychowawcy” dzieci i młodzieży, rządząca prawica nie może się potem skarżyć na reputację Polski za granicą. Wybiera podsycanie wojny kulturowej nie własnymi programami społecznymi, ale inwektywą.

Jarosław Kaczyński miał do wyboru innych kandydatów na edukację. Choćby Mirosławę Różecką-Stachowiak, posłankę z Wrocławia, osobę spokojną i merytoryczną. Jeśli wybrał polityka z Lublina, to w jednym celu: licytacji prawowiernego PiS z Solidarną Polską prawicową gromką retoryką. Zrobił to kosztem polskiej oświaty.

Także i dlatego, że Różecka-Stachowiak od lat miała własne przemyślenia i pomysły dotyczące edukacji. Czarnek jest akademickim profesorem, ale nie pamięta się jego głosu w dyskusji dotyczącej szkolnictwa wyższego, choć niektórzy politycy PiS spierali się o jego reformę z Jarosławem Gowinem. Tym bardziej nie wypowiadał się na temat szkół. Wszystko wskazuje na to, że przychodzi do podwójnego resortu z pustymi rękami.

Co zabawne, towarzyszy mu komentarz polityków PiS, że posyłają tam wyrazistego polityka, bo ta tematyka staje się dla prawicy szczególnie ważna. Już zaraz po wyborach, zwłaszcza prezydenckich, wyrażali zaniepokojenie tym, że tracą wpływ na najmłodsze roczniki. Czasem jak wicemarszałek i szef klubu PiS w Sejmie Ryszard Terlecki wprost łączyli tę bolączkę z nadmiernymi wpływami lewicy – zwłaszcza na wyższych uczelniach, ale i w szkołach średnich.

Z jednej strony trudno przystać na traktowanie nauczania jako narzędzia w ideowej rozgrywce o rząd dusz. Ale przyjmijmy na chwilę nawet perspektywę PiS. Otóż twierdzę, że wskazanie Czarnka (jeśli nas czymś nie zaskoczy) to wybór spektaklu ponad cierpliwą pozytywistyczną pracę na rzecz konserwatywnej zmiany.

Wicemarszałek Terlecki powiedział, że polskie szkoły przeszły reformę organizacyjną, a teraz czas na reformę programową. Zostawmy pytanie o sens likwidacji gimnazjów, za czym przemawiały poważne i od pewnego momentu akceptowane przez większość Polaków argumenty. Ale Terlecki się myli. Reformie organizacyjnej już towarzyszyła programowa. I podstawówki, i licea mają całkiem nowe programy, także przedmiotów humanistycznych, czyli tych najważniejszych dla kształtowania ideowych i obywatelskich postaw.

Te programy są krytykowane choćby za przeładowanie, ale z punktu widzenia wrażliwości konserwatywnej mają zalety. Kładą nacisk na formację patriotyczną, umacniają więź z historią. Oczywiście czasem jakiś konserwatysta wyrazi zdziwienie z powodu tego czy innego szczegółu – krytykowane są zwłaszcza podręczniki. Ale jeszcze mocniejsze żale pojawiają się po stronie liberalno-lewicowej: od ataku na wizję historii jako zbyt polonocentrycznej i służącej krzepieniu serc po pytania o nieobecność tematu antykoncepcji w programach biologii.

Programy szkolne zawsze są kompromisem. Z perspektywy praktycznego funkcjonowania szkoły równie ważne jest ich wdrażanie. Cierpliwa zmiana w kierunku szkoły tradycyjnej wymagałaby minimalnej przynajmniej chemii między kadrą nauczycielską i władzą. Tej brakło od początku, a ostatecznie nadzieje na nią zniweczyło potraktowanie przez rząd strajku nauczycielskiego przed ponad rokiem. Większe podwyżki czy dofinansowanie samych szkół nie zmieściły się w kolejnych przeładowanych socjalnymi programami budżetach.

Po strajku nauczyciele zapowiadali, że będą robić tylko minimum. Pytanie, czy w skład takiego minimum wchodzi powiedzmy wycieczka do miejsc ważnych dla polskich dziejów. Albo prowadzenie kół zainteresowań. W tym sensie założenia reformy sprzed trzech lat mogły się zderzać z szarą rzeczywistością.

Odpowiedzią rządu Morawieckiego były pomysły w stylu Balcerowicza – np. podniesienie nauczycielskiego pensum, tak aby dawać lepsze pieniądze, ale za dłuższą pracę. Dodatkowe obciążenia miały też służyć pozbyciu się najgorszych nauczycieli.

Były to tylko hasła. Główny rzecznik takiej linii, szef kancelarii premiera Michał Dworczyk nie miał pomysłu na przeprowadzenie takiej selekcji. Decyzje kadrowe zapadają przecież w szkołach, związanych na dokładkę na co dzień z samorządami. A na rynku pracy nie czeka armia kandydatów do tego zawodu. Większe pensum może być za to źródłem kłopotów.

W mniejszych szkołach, zwłaszcza na prowincji, dla „przedmiotowców”, nauczycieli fizyki, chemii czy geografii brak w jednej szkole godzin do wyrobienia etatu. Efektem jest nauczanie przez nich w kilku szkołach, szkodliwe z punktu widzenia więzi nauczyciela z uczniami. Po balcerowiczowskiej korekcie trzeba by szukać pracy w jeszcze większej liczbie placówek, na prowincji nie zawsze jest to możliwe. Można by się spodziewać jeszcze bardziej masowych odejść z zawodu, co i tak jest plagą. To pokazuje niewielki związek politycznych decydentów ze szkolnymi realiami.

Krążyły też w rządowym centrum pomysły na odebranie władzy organizacyjnej nad szkołami samorządom. W teorii byłby to wstęp do ręcznego sterowania gigantyczną siecią placówek z centrum w Warszawie. Zrezygnowano z tego chyba nie tyle nawet z obawy przed krytyką opozycji broniącej samorządów, ile z powodu zalet dotychczasowego systemu. Lepiej zwalać winę za rozmaite organizacyjne chaosy na gminy i powiaty.

Nie wiadomo, jaki pogląd na te wyzwania ma minister Czarnek, zwłaszcza w dobie pandemii, która jeszcze bardziej rozregulowała szkolny system. Zrobić dla szkół będzie mógł niewiele, z powodu realiów budżetowych. Wizja pozyskania nauczycieli więc odpada. Jeśli towarzyszyć temu będą jego incydentalne interwencje zabarwione ideologiczne, konflikt między światem szkoły, której kadra często jest w stosunku do PiS na lewo, i obecną władzą będzie się pogłębiać. Młodych ludzi też nie pozyskuje się pohukiwaniem.

Tym bardziej nie wiadomo, jak ma nowy minister walczyć z „lewactwem” na wyższych uczelniach, które są autonomiczne i gdzie politycy nie mają nawet pośredniego wpływu na kadry. Jedyne, co może zrobić, to zabiegać o to, aby takie podległe mu instytucje jak Narodowe Centrum Nauki nie finansowały lub finansowały w mniejszym stopniu pewien typ badań i publikacji.

Tak naprawdę robił to już Jarosław Gowin krytykowany dziś przez kolegów za dopuszczenie do przechyłu uczelni w lewo. Ale działał dyskretnie, dbając równocześnie o poprawne relacje z profesorskimi elitami. Jeśli Czarnek spróbuje użyć łomu zamiast dłuta, to zamiast pożądanych przez niego efektów może się spodziewać permanentnej awantury.

Nowy minister mógłby przemyśleć inną kwestię. Dopiero co zamknięta reforma szkół wyższych autorstwa Gowina pchnęła naukę w kierunku zdecydowanej dominacji nauk technicznych i „stosowanych” ponad „niepraktyczną” humanistykę. Czy PiS, który na te zmiany się krzywił, jest gotów próbować je odkręcać? W dopiero co stworzonym systemie łatwiej jest uzyskać grant na tematykę międzynarodową niż krajową. Łatwiej na coś „praktycznego” niż na coś ważnego dla polskiej tożsamości. Czy jednak Czarnek ma siły i środki, aby zająć się żmudną dłubaniną?

Dłubaniną, której efekt polityczny wcale nie musi być pewny, zwłaszcza zaraz. Wśród humanistów przewaga lewicy i liberałów może być naturalna. Nawet gdyby minister mógł własnoręcznie przyjmować do pracy lub zwalniać pracowników naukowych, niekoniecznie mógłby liczyć na kadrową przebudowę. Taki zaś system ręcznego sterowania byłby i sprzeczny z polską tradycją, i z punktu widzenia wartości nauki demoralizujący.

Edukacja powinna być efektywna i na ile to możliwe bezstronna. Ale ona jest związana z jakimś wyborem wartości. Obawiam się, że nowy minister edukacji nie ma narzędzi, pomysłów ani budżetowych pieniędzy, aby uczynić polską szkołę lepszą, ciekawszą, skuteczniejszą. A patrząc z perspektywy PiS, nie stwarza nawet nadziei na ubieganie się tego obozu o rząd dusz za pomocą nauczania. Jest chyba zbyt ideologiczny, żeby realnie pomóc swoim ideom.