Część placówek wprowadza surowsze wytyczne od zalecanych przez resort. W innych nauczyciele nie noszą maseczek na korytarzach i zestawiają stoliki, żeby siedzieć bliżej siebie
Minister edukacji Dariusz Piontkowski dzień przed rozpoczęciem roku szkolnego przekonywał, że nie będzie obowiązku noszenia maseczek w szkołach. – Osoby, które czują się bardziej zagrożone, mogą założyć maseczkę czy przyłbicę – zastrzegał. Mimo to duża część placówek zdecydowała się na wprowadzenie obowiązku zakrywania ust i nosów.
W szkole podstawowej nr 1 w Jastrzębi koło Radomia, gdzie uczniowie podchodzą do tablicy w maseczce lub przyłbicy. – Jesteśmy w tzw. strefie zielonej. Do tej pory nie rekomendowaliśmy maseczek. Ale po rozmowie z rodzicami po rozpoczęciu roku szkolnego uznaliśmy, że je wprowadzimy – mówi Halina Sypka, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 6 im. Jana Kochanowskiego w Zgierzu. W jednej ze szkół na warszawskim Ursynowie maseczki na korytarzu noszą nawet dzieci z młodszych klas. Przez moment rodzice zastanawiali się, czy nie wprowadzić takiego obowiązku także podczas lekcji, ale ostatecznie z tego zrezygnowano. Także w jednym z liceów w tej samej dzielnicy uczniowie mają obowiązek zasłaniania twarzy na przerwie.
Ale to niejedyne normy surowsze niż wytyczne resortu edukacji, na które zdecydowały się placówki oświatowe. Wiele zrezygnowało z otwierania szatni oraz zakazało używania szafek na przybory szkolne. – Wszystko po to, by ograniczyć tłoczenie się dzieci na małej przestrzeni i przemieszczanie po korytarzach. Dla uczniów oznacza to, że wszelkie rzeczy, które zabiorą z domu, muszą mieć przy sobie przez cały dzień. Mowa nie tylko o książkach czy śniadaniu, ale i stroju na wychowanie fizyczne – mówi dyrektorka jednej ze stołecznych podstawówek.
Reklama
Aby ulżyć uczniom w noszeniu ciężarów, w wielu placówkach zrezygnowano z obowiązkowej zmiany obuwia. Jak tłumaczą przedstawiciele tych placówek, po każdej przerwie podłogi muszą być przemywane, więc chodzenie po szkole w obuwiu z zewnątrz nie stanowi dużego utrudnienia. Pytanie, co będzie późną jesienią i zimą, kiedy nie tylko przyda się zmiana obuwia, ale i zdjęcie ciepłych kurtek. – Wciąż się zastanawiamy, jak rozwiązać ten problem. Pewnie zostaniemy zmuszeni do uruchomienia szatni. Pytanie tylko, na jakich zasadach – mówi dyrektor szkoły podstawowej na warszawskiej Woli.
Z kolei w jednej ze szkół niepublicznych dyrekcja wpadła na pomysł, żeby ustawić szatnie na dworze. Mają działać, dopóki będzie sprzyjać pogoda. W innej dzieci zmieniają buty w klasach. Zamontowano haczyki, na których można wieszać worki. W wielu szkołach dzieci siedzą w ławkach jednoosobowych. – Musieliśmy dostawić ławki, ale mogliśmy sobie na to pozwolić. Wcześniej w naszej szkole było gimnazjum. Dysponowaliśmy niewykorzystanym sprzętem, który w okresie pandemii okazał się przydatny – mówi przedstawiciel szkoły w Jastrzębi i dodaje, że na razie, mimo wprowadzenia większego rygoru sanitarnego niż wymagają władze, rodzice się nie buntują.
– Rozumieją, że to z myślą o bezpieczeństwie ich dzieci – przekonuje pracownik szkoły. Szkoła wprowadziła też bardziej restrykcyjne zasady korzystania z toalet. W męskich wyłączono z użytku pisuary. Z kolei w jednej z niepublicznych podstawówek w Warszawie wprowadzono tryb nauczania hybrydowego: tygodnie nauczania zdalnego będą przeplatane tygodniami nauczania w szkole. Uczniowie muszą też przynosić własne menażki, żeby pracownicy stołówki nie stykali się ze śliną dzieci. Dla bezpieczeństwa jedzą na dworze – stoły zostały ustawione pod specjalnie zamówionym daszkiem. – Jak na weselu – śmieje się jedna z matek. I dodaje, że również część lekcji jest prowadzona na dworze.
Jednak nie we wszystkich szkołach pracownicy podeszli do tej kwestii aż tak rygorystycznie. Są takie placówki, które co prawda każą nosić uczniom maseczki na przerwach, ale nie udało im się przypisać każdej klasy do jednej sali. – Przepisy przepisami, ale są jeszcze ludzie. Różnie bywa z przestrzeganiem wytycznych – przyznaje jeden z nauczycieli. Młodsi uczniowie bardziej beztrosko podchodzą do kwestii zdrowotnych, przede wszystkim nie zachowując dystansu społecznego. – Pierwszego dnia większość musiała się uściskać, bo zobaczyli się po wakacjach. Nauczyciele też są różni. Jeden siedzi w kącie z maseczką, reszta pozestawiała stoliki, żeby być bliżej siebie – opowiada jeden z pedagogów.
Z informacji MEN wynika, że 2 września spośród 48,5 tys. szkół i przedszkoli w trybie mieszanym pracuje jedynie 12, czyli 0,02 proc. W 47 przypadkach w skali kraju, czyli 0,1 proc., nauka jest realizowana wyłącznie w trybie zdalnym. „To zgłoszenia dotyczące placówek, w których powiatowa inspekcja sanitarna po szczegółowym przeanalizowaniu sytuacji wydała zgodę na pracę szkoły w innym niż stacjonarny tryb nauki” – informuje resort edukacji.
Spośród 48,5 tys. szkół i przedszkoli tylko 47 pracuje zdalnie