Wprowadzić stały plan dnia, zlecić czytanie lektur i naukę słówek z języka obcego. A przede wszystkim – nie stawiać się w roli strażnika. To krótka lista porad od tych, którzy kształcą swoje dzieci w domu na co dzień.
Magazyn DGP 20.03.2020 / Dziennik Gazeta Prawna
To dopiero szósty dzień, a my już nie wytrzymujemy. Jutro chyba go zwiążę – mówił mi we wtorek sąsiad, ojciec Aleksa, który chodzi do czwartej klasy. Niby żartem, ale jednak serio. – Szkoła to pół biedy, ale on codziennie miał jakieś zajęcia sportowe: judo, piłka. Byle chłopaka wybiegać. Nigdy wcześniej nie było tak, że nie ma ani dostępu do kolegów, ani ruchu. Zwariujemy. A jeszcze te lekcje.
Reklama
Brzmi znajomo? Z podobnymi problemami mierzy się właśnie kilka milionów rodziców. Od półtora tygodnia 4,9 mln uczniów nie może przychodzić do szkół – zamknięto je, by ograniczyć szerzenie się epidemii koronawirusa. Pierwotny plan zakładał 14 dni wolnego. Jednak niewykluczone, że okres ten będzie znacznie dłuższy. Na początku tygodnia minister edukacji Dariusz Piontkowski przyznał, że ławki pozostaną puste, dopóki nie minie szczyt zachorowań, czyli – według przewidywań resortu zdrowia – co najmniej do Wielkanocy. Ale o tym, jak długo dzwonki będą wyłączone, MEN zdecyduje dopiero, gdy otrzyma odpowiednie polecenia z resortu zdrowia.
Nadprogramowy miesiąc laby to katastrofa dla szkoły, która i bez tego ledwo sobie radzi z realizowaniem programów nauczania. Podczas gdy lekarze walczą z rozprzestrzeniającym się wirusem, w uczniowskich domach trwa więc gorączkowa walka o to, by nie były to puste dni.

Reklama

Zdalny zawrót głowy

Znów sąsiad: – Jestem kucharzem, pracuję na nocki. Pół dnia przesypiam. Żona też pracuje. Jak mamy jeszcze uczyć Aleksa?
Dobre pytanie. Zapewnienie uczniom zajęcia to nie lada wyzwanie. W pierwszej kolejności – dla MEN. Choć zdalna praca szkoły to fetysz ministrów edukacji jeszcze z czasów Platformy Obywatelskiej (zresztą nie tylko ich – kto pamięta Donalda Tuska zapowiadającego tablet na każdej ławce?), do dziś pozostaje ona jedynie marzeniem. Weźmy na przykład elektroniczne podręczniki, na które resort wydaje unijne miliony. Gdy po niezliczonych perypetiach materiały były w końcu gotowe, okazało się, że w zasadzie można zacząć przygotowywać je od nowa, bo reforma oświaty rządu PiS kompletnie zmieniła podstawy programowe. Póki co daleko też do realizacji projektu Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej, która miała połączyć wszystkie szkoły szerokopasmowym internetem.
Zamiast ogólnokrajowej, ujednoliconej platformy do pracy zdalnej, urzędnicy na chybcika stworzyli więc stronę internetową, szumnie nazwaną „zdalną klasą". W praktyce to poradniczek wskazujący materiały i rozwiązania elektroniczne, jakie ma do dyspozycji nauczyciel. – Chcemy pokazać, gdzie w sieci można znaleźć darmowe i płatne narzędzia, które pomogą nam się zorganizować w nowej sytuacji – mówił Marek Zagórski, minister cyfryzacji.
Efekt jest taki, że co szkoła, to obyczaj. Jednym poszło lepiej, więc dziś rzeczywistość ich uczniów to dźwięki komunikatora zamiast dzwonków i wygodny fotel zamiast szkolnej ławki. Tam, gdzie nie ma wystarczająco szybkiego internetu, wykwalifikowanej kadry czy odpowiedniej liczby komputerów w domach, szkoły postawiły na zalanie uczniów pracami domowymi. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez platformę edukacyjną Brainly, aż 92 proc. z nich przyznaje, że daje im się zadania do domu. Prawie połowa skarży się, że najbardziej brakuje im wskazówek od nauczyciela. Co czwarty uczeń narzeka na brak informacji zwrotnej dotyczącej rozwiązanych zadań.
– Pani od geografii wysłała dzieciakom w e-dzienniku numery działów, z których będzie klasówka po powrocie do szkoły – relacjonuje Rafał.
– Na poniedziałek było tyle zadane, że córka nie dała rady się zabrać. Jak siadała, to się załamywała – pisze Sylwia.
– Synowi w drugiej klasie podstawówki co dwie godziny wpadają do elektronicznego dziennika nowe zadania do wykonania. Można oszaleć – mówi Agata.
– Na początek zadania z polskiego, matematyki i WOS. Niektórzy już myślą, jak robić sprawdziany przez internet – opisuje Karolina.
– Oni zaczęli zachowywać się tak, jakby nadganiali cały rok – narzeka Marek.
Co ciekawe, minister edukacji wydał rozporządzenie, z którego wynika, że szkoły zawieszają działalność dydaktyczną. Choć wielu nauczycieli to robi, w praktyce nie powinni zadawać nic, co popycha do przodu pracę nad realizacją podstawy programowej.

Plan, plan, plan

Znajomy sąsiad: – Gdybym nie stał nad Aleksem, to nic by nie zrobił. Nie wie, jak się do tego zabrać.
Sąsiad jest reprezentantem swojego pokolenia. A przeciętny rodzic nie jest przyzwyczajony do tego, żeby uczyć swoje dzieci. Brakuje mu czasu (w końcu zwykle nadal pracuje – w domu lub w zakładzie), motywacji, umiejętności. W takich warunkach trudno o efektywny proces nauczania. Zwłaszcza że – jak zauważa Michał Gwiazdowski z Brainly – szkoła to nie tylko machina do przekazywania wiedzy, lecz również organizator życia. – To instytucja wprowadzająca dyrektywy i zasady, dzięki którym uczniowie dokładnie rozróżniają czas na relaks od tego, który jest poświęcony na naukę.
Bez tych dyrektyw w życie rodzin wkradł się chaos. Aby go opanować, wielu rodziców szuka pomocy u tych, dla których uczenie dzieci jest codziennością. Facebookowa grupa „Edukacja Domowa” przed wybuchem epidemii miała 10 próśb o dołączenie dziennie. Dziś – 10-krotnie więcej.
Czy coś z doświadczeń homeschoolersów może pomóc skołowanym rodzicom dzieci przeniesionych ze szkół na kwarantannę? Przedstawiciele tego środowiska proszą, by nie porównywać edukacji domowej z odrabianiem wysłanych przez nauczycieli zadań, bo to dwa różne światy. Niektórzy mimo to podrzucają pomysły, jak można ogarnąć ten trudny czas.
Na przykład tworząc plan dnia. Na moje pytanie, co edukatorzy domowi poradziliby rodzicom zmuszonym wejść w rolę belfrów, jedna z członkiń grupy wysłała mi propozycję przekazaną zagrożonym epidemią uczniom angielskich szkół na Cyprze. A tam: do 9:00 czas na wstanie z łóżka i wszystkie poranne czynności. Później godzina na spacer i ćwiczenia. Między 10:00 a 11:00 godzina na naukę. Co ważne: bez elektroniki. Następnie godzinka na zajęcia kreatywne – rysowanie, grę na instrumentach. Później przerwa na lunch i sprzątanie. Między 13:00 i 14:30 czas odpoczynku. Po nim do 16:00 znów czas na naukę – ale tym razem także z wykorzystaniem ekranów. Później kolejny spacer i kolacja. Od 18:00 czas wolny z możliwością oglądania telewizji, a o 20:00 – do łóżka.
Inna członkini grupy, która uczy w domu dwie córki, również zwraca uwagę na planowanie. – W każdą niedzielę siadamy i planujemy tydzień. Rozmawiamy też o tygodniu, który właśnie minął: co udało się zrobić, czego nie i dlaczego, co działa lepiej, co gorzej. Dziewczyny mają 9 i 10 lat i ja nie ukrywam przed nimi, że wymagam od nich dużego zaangażowania, podobnie jak od siebie. Czasami jest im ciężko, rozmawiamy o tym. Czasami mnie jest ciężko – wtedy też rozmawiamy. Rozmowa, umiejętność komunikowania to bardzo ważne rzeczy, jakich w szkole nie uczą (lub rzadko) i myślę, że rodzice mają teraz szanse na wprowadzenie takiej lekcji – pisze homeschoolerka.

Musi być atmosfera

Trudno jednak dbać o dobrą komunikację, gdy co kilka godzin do elektronicznego dziennika wpadają zadania (także z WF!), a niektórzy nauczyciele już zapowiadają e-klasówki. – Dziewczyny siedzą w książkach codziennie do 17:00 – relacjonuje Łukasz, ojciec czwarto- i piątoklasistki.
– Poradziłabym szkolnym rodzinom, by nie zapomniały, że są drużyną, mają się wspierać i sobie ufać. Są po jednej stronie, najgorsze, co rodzice mogą teraz zrobić, to bezdusznie przejąć rolę systemu i pozostawić dziecko w „przeciwnym obozie". To może bardzo nadwyrężyć relacje dziecko – rodzic – ostrzega jedna z członkiń grupy ED.
Z tą opinią zgadza się Monika Matuszewska-Bulińska, która uczy chłopaków w trzeciej i czwartej klasie. – Jeśli faktycznie uczniów zalewa się w tym czasie pracami domowymi, zadaniem rodzica jest ochronić dziecko przed tym, co robią szkoły. Radziłabym, by rodzic najpierw ocenił, ile materiału do przerobienia dostało dziecko i czy jego ogarnięcie w całości jest w ogóle realne. Jeśli się okaże, że jest tego za dużo, trzeba podjąć decyzję, z którymi treściami pracować. W tym trudnym czasie może się zdarzyć, że coś będzie niezrobione, więc warto wyznaczyć sobie priorytety, np. skupiamy się na matematyce, a historię na razie zostawiamy.
W domu Matuszewskiej-Bulińskiej dzieci same planują zadania, jakich się podejmą. – Mają wspólnie z nami ustaloną listę rzeczy, które są do zrealizowania i co piątek układają z niej plan na kolejny tydzień. Dzięki temu później chętniej się za nie zabierają. Myślę, że to pomysł do wykorzystania również przez dzieci chodzące zwykle do szkół – rodzic może podzielić materiał na małe porcje i pozwolić dziecku na samodzielną decyzję, kiedy i jak długo będzie nad nimi pracować – radzi homeschoolerka. Dodaje też, że samodzielność dziecka to wielki atut wtedy, kiedy trzeba równocześnie pracować z domu. – Sądzę, że rodzic, który patrzy przez ramię dziecka rozwiązującego zadania, to dla obu stron duży stres. Sama mam zasadę, że angażuję się tylko, gdy synowie proszą o pomoc. Staram się też nie dawać odpowiedzi, tylko stawiać pytania: a jak myślisz? Dlaczego tak to rozwiązałeś?
Planowanie czasu to jedno, ale jak u dziecka wzbudzić motywację? Izabela Misiołek, która uczy w domu czwartoklasistę, przekonuje, że ważne jest zadbanie o atmosferę. – Nasz dzień zaczynamy od śniadania. Często szykujemy je razem i rozmawiamy o tym, co dziś zrobimy. W ten sposób podkręcam atmosferę związaną z nauką. Na przykład mówię „ciekawe o czym będzie z przyrody" i wymyślamy: „Może o żabie? A czy pamiętasz, jak żaba kiedyś była u nas na działce? A pamiętasz, jak wyglądała?” I tak dalej. Albo: „Co z matematyki? Może ułamki? A wiesz, że ułamki to tak, jakbyś się z kimś dzielił?” – relacjonuje Izabela Misiołek. Dopiero na tak przygotowanym gruncie zaczyna się nauka.
Mama przekonuje jednak, że nic na siłę. – Gdy dziecko z jakiegoś powodu ma gorszy dzień i nie ma ochoty na naukę, rozmawiam z nim i próbujemy wymyślić, co trzeba zrobić, by mu się chciało. I Marcel wymyśla np., że trzeba wziąć lek, w którego reklamie jest hasło „dziś mi się chce”. Czasem więc witamina C działa cuda. Opracowaliśmy też taki sposób, że nawet jak się bardzo nie chce, to trzeba zacząć. I wtedy się przekonujemy, czy dzisiaj coś się uda, czy nie. Albo taki, że wyznaczamy sobie, ile czasu poświęcimy na naukę, a potem idziemy robić coś fajnego, np. wspólnie smażymy naleśniki.

Szkolny marketing

Uczniów i rodziców zalewają obecnie nie tylko zadania przekazywane przez e-dzienniki, ale także oferty korzystania z narzędzi edukacyjnych. Kolejne firmy otwierają do nich bezpłatne dostępy. Ministerstwo Cyfryzacji wymienia ich na swojej stronie kilkanaście. A to dopiero początek nieskończenie długiej listy.
Aleksander Pronkiewicz, którego dziecko także uczy się w formule edukacji domowej, jest sceptyczny wobec takich narzędzi. – Po pierwsze, korzystanie z takich platform trzeba by osadzić w tym, co dzieci robią w szkole, a nie wybierać losowe kursy. Nauczanie to działanie w długim horyzoncie czasowym, a nie realizowane ad hoc. Po drugie, dostępy teraz są otwarte, ale tak naprawdę jest to często marketing obliczony na rozszerzenie bazy klientów. Kiedy epidemia się już skończy, uczniowie staną przed trudnym wyborem: albo będą kontynuować rozpoczęte kursy, ale już w płatnej formule, albo zmarnują poświęcony na nie czas – mówi Aleksander Pronkiewicz. – Jeszcze czekam aż Netflix i HBO zrobią to samo – ironizuje.
Jego zdaniem kłopot z obecną sytuacją polega na tym, że jest tylko chwilowa – trudno więc sensownie rozplanować dzieciom proces dydaktyczny. – Chcąc wpisać wysiłek dzieci w proces dydaktyczny realizowany w szkole, do której prędzej czy później wrócą, stawiałbym zatem na rzeczy, na jakie zwykle brakuje czasu. Okres epidemii można wykorzystać np. na przeczytanie wszystkich potrzebnych lektur. Wiadomo, że i tak trzeba to będzie zrobić. Nigdy nie zaszkodzi też rozwiązywanie zadań z matematyki. Zawsze przydatna będzie również nauka języków. W czasie wolnym od lekcji można choćby uczyć się słówek – do tego nie potrzeba wielkiej filozofii, wystarczy przerobić sobie podręcznik na fiszki. Takie podejście ma ten plus, że nie angażuje rodzica, bo uczeń zupełnie sam może zrobić sobie pomoc. W dodatku naprawdę przyda się po powrocie do szkoły – wylicza. A dla naprawdę ciekawych świata i chcących zrozumieć otaczającą nas niewesołą rzeczywistość, zawsze można przerobić materiał o COVID-19 na darmowym kursie Coursera (firma edukacyjna udostępniająca otwarte kursy online prowadzone przez ośrodki akademickie).

Edukacyjna partyzantka

Ci, którym trudno uczyć dzieci w domu, będą mieli jeszcze czas, żeby skorzystać z tych porad. Ministerstwo Edukacji Narodowej szykuje się bowiem na przejście szkoły w stan online. Resort pracuje nad rozporządzeniem, które zalegalizuje dotychczasowe praktyki placówek, pozwalając na realizację podstawy programowej z użyciem wirtualnych klas i rozliczanie uczniów z tego, czego dowiedzieli się dzięki e-zajęciom. MEN rozesłał już do dyrektorów pismo, w którym zobowiązuje ich do przygotowania możliwości zdalnej realizacji programów nauczania – np. z wykorzystaniem komunikatorów, grup społecznościowych czy poczty elektronicznej. Szefowie placówek mają też na prośbę ministra opracować informację dla rodziców o tym, jak zorganizować dzieciom warunki do nauki w domu, jak wspierać dzieci i motywować je do systematycznego uczenia się poza szkołą, a także jak zadbać o bezpieczeństwo w sieci.
Do rozporządzenia całą listę uwag przygotował już Związek Nauczycielstwa Polskiego. – W związku ze zdalnym nauczaniem jest wiele niepewności. Co np. mają zrobić uczniowie ze słabym połączeniem internetowym? Albo wychowujący się w rodzinach, gdzie dzieci jest więcej, a komputer jeden? Co z nauczycielami, którzy nie mają sprzętu koniecznego do realizacji zdalnego nauczania? I z tymi, którzy występują w podwójnej roli – także rodziców, którzy będą musieli zadbać o edukację własnych dzieci? – wylicza pytania Magdalena Kaszulanis, rzeczniczka związku.
Na razie nie ma na nie odpowiedzi. Wszystko wskazuje, że w dalszym ciągu w szkołach będzie uprawiana edukacyjna partyzantka. Jeśli rodzice umiejętnie to wykorzystają, paradoksalnie może się opłacać. Ale tylko niektórym uczniom – tym z wysokim kapitałem kulturowym, przeważnie z dużych miast. To im rodzice będą potrafili zorganizować czas tak, by skorzystali na tym jak najbardziej. Być może nawet więcej, niż gdyby pozostawali w szkole. Jest jednak i druga strona medalu – przy korzystaniu z paracyfrowych rozwiązań najwięcej stracą ci, którzy i tak mają się kiepsko, a więc dzieciaki z zaniedbanych środowisk. To dla nich szkoła odgrywa ważną rolę „podciągającą”. Równolegle do wprowadzania kolejnych obowiązków dla dyrektorów, państwo powinno więc pracować nad spójnym systemem prowadzenia edukacji wirtualnej. O takie rozwiązania środowisko edukacyjne zabiega od lat. Bezskutecznie.
Trudno dbać o dobrą komunikację, gdy co kilka godzin do elektronicznego dziennika wpadają zadania (także z WF!), a niektórzy nauczyciele już zapowiadają e-klasówki. – Dziewczyny siedzą w książkach codziennie do 17:00 – relacjonuje Łukasz, ojciec czwarto- i piątoklasistki