Problem jest stary jak kserokopiarki – studenci i uczniowie masowo powielają książki naukowe i podręczniki, zawsze tłumacząc się w ten sam sposób: „Oryginały są za drogie, nie stać nas na nie”. Po drugiej stronie barykady stoją wydawcy mający na ten temat własne zdanie.

– Specjalistyczne wydania mają nakład liczony w setkach, góra kilku tysiącach egzemplarzy. Ledwo zwracają się wydawcom i autorom. Kiedy więc takie pozycje są w całości kserowane, i to w ilości znacznie większej niż oficjalne nakłady, cierpi na tym cały rynek – uważa Andrzej Nowakowski, dyrektor zarządu organizacji Polska Książka zrzeszającej wydawców naukowych.

Przez lata wydawcy robili wszystko, aby ukrócić proceder kserowania i skanowania lektur. W przeszłości nasyłali na punkty ksero policję, apelowali do rektorów uczelni, aby zaczęli nadzorować punkty kopiowania działające na uczelniach, a nawet wynajmowali agencje detektywistyczne do odszukiwania przedsiębiorców żyjących z masowego powielania podręczników akademickich. Jednak od dwóch lat o takich akcjach nie słychać. Straciły sens, bo studenci, zamiast podręczniki kserować, zaczęli je udostępniać w sieci, szczególnie na portalu Chomikuj.pl. I to właśnie na walce z nim skupili się obecnie wydawcy. Teraz jednak wracają do walki o papier.

Przed kilkoma dniami organizacja pozarządowa Centrum Cyfrowe Projekt Polska zajmująca się propagowaniem poszerzania praw obywateli do dóbr kultury, nauki i informacji publicznej wystartowała z oficjalną akcją pt. „Pamiętaj: możesz skserować albo zeskanować całą książkę – nawet w bibliotece!”. To oburzyło wydawców.

– Oczywiście, że można kserować pozycje, ale tylko gdy są naszą własnością. Na tym polega dozwolony użytek. Ale gdy odbija się książki z biblioteki lub powiela się je wielokrotnie, a kopie sprzedaje, jest to ewidentne łamanie prawa – mówi Nowakowski. Wtóruje mu Grażyna Szarszewska z Polskiej Izby Książki.

– To jest naprawdę oburzające, szczególnie że akcję zaczęto tuż przed sesją, czyli ewidentnie skierowano ją do studentów. Już wystosowaliśmy oficjalny protest w tej sprawie do Centrum Cyfrowego – mówi Szarszewska.

Tymczasem dyrektor Centrum Cyfrowego Alek Tarkowski zdaje się nie widzieć problemu. – To prosta akcja informacyjna i dziwi mnie, że wzbudza takie kontrowersje. To nie tworzenie kopii, tylko rozpowszechnianie, na przykład w internecie, narusza dozwolony użytek – uważa.

Dodaje, że wokół kserowania narosło sporo mitów. – Dotychczas nie było w Polsce akcji mówiących, co wolno. Były tylko te mówiące, czego nie wolno. W naszej chodzi wyłącznie o przypomnienie, jakie mamy prawa w kwestii kopiowania – tłumaczy dyrektor centrum i zaznacza, że w akacji wyraźnie zaznaczone jest, że książki można kserować tylko w celach osobistych, a nie w komercyjnych na masową skalę.

– Skopiować możemy całą książkę. Prawo autorskie pozwala na to w ramach dozwolonego użytku. Nie stawia ograniczeń co do liczby stron czy typu publikacji. Przecież nawet Polska Izba Książki zapowiadała jakiś czas temu specjalną akcję informacyjną na ten temat – przypomina.

Rzeczywiście PIK kilka tygodni temu wystosowała zachętę do wydawców, aby w swoich publikacjach zamieszczali następujący zapis: „Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty”.

– Jak widać, chcemy tego samego: by czytelnicy znali swoje prawa i respektowali prawa wydawców – podsumowuje Tarkowski. Pytanie, jak hasło akcji Centrum Cyfrowego zinterpretują sami studenci i uczniowie.

Wydawcy są zbulwersowani. – To zachęta do łamania prawa – mówią