statystyki

Miliony "śmieciówek" i prekariat w Polsce to tylko medialny mit

autor: Andrzej Andrysiak, Marek Tejchman17.01.2016, 18:00; Aktualizacja: 17.01.2016, 18:17
dr hab. Joanna Tyrowicz doradca w Instytucie Ekonomicznym NBP oraz adiunkt na Wydziale Nauk Ekonomicznych UW

dr hab. Joanna Tyrowicz doradca w Instytucie Ekonomicznym NBP oraz adiunkt na Wydziale Nauk Ekonomicznych UWźródło: Dziennik Gazeta Prawna

W Polsce zaczynamy od tego, że ktoś wpada na pomysł, że chciałby zrobić jakąś ustawę, bo ma taką idée fixe. Ona czasem jest oparta na twardej wiedzy, a czasem na wyobrażeniach, bo ktoś kiedyś zobaczył wyimek rzeczywistości i bardzo go ten wyimek przekonał. To nie jest zależne od koloru politycznego - mówi w wywiadzie da DGP dr hab. Joanna Tyrowicz doradca w Instytucie Ekonomicznym NBP oraz adiunkt na Wydziale Nauk Ekonomicznych UW.

reklama


reklama


Jesteśmy racjonalni?

Co panowie mają na myśli?

Państwo.

Cały nurt myślenia, że rząd wie, co robi, skończył się w latach 70.

Skąd więc wiemy, jak wygląda rzeczywistość?

To zależy, jak podejdziemy do zdobywania informacji. W latach 70. zaczęło się pojawiać mnóstwo mikrodanych. Pojawili się też dobrze wykształceni ludzie i niedługo później wystarczająco szybkie komputery. Dało się więc sprawdzać, czy aby na pewno jest tak, jak nam się wydaje. W konsekwencji pojawił się nowy nurt, w ramach którego każdą politykę konstruuje się tak, że najpierw jest pilotaż, potem jego ewaluacja i dopiero wtedy wprowadza się instrument. Wymyślając instrument w kilku krajach, dany resort od razu musi zdecydować, jak będzie ewaluował jego efekty i w jakim horyzoncie będzie powtarzał ewaluacje, bo przecież z czasem część instrumentów traci rację bytu. Ale ten nurt nie rozchodzi się po wszystkich krajach w tym samym tempie.

Do Polski dotarł?

Dotarł, ale nie da się powiedzieć, czy jakoś wyjątkowo pod tym względem odstajemy. Nie ma takich zestawień ani rankingów. Jeśli więc pytają panowie, czy prowadzimy w Polsce politykę gospodarczą opartą na danych, odpowiem, że nie. Jeśli panowie spytają, czy wszystkie inne kraje prowadzą, tylko my jedni nie – także odpowiem: nie.

Jak to się powinno robić dobrze?

Jest taki schemat OECD, jak tworzyć politykę w ogóle. Najpierw próbujesz zdiagnozować, na czym polega problem, i tu już potrzebne są dane i analizy. Dzięki nim możesz przejść do kroku drugiego, czyli zadać sobie pytanie, czy do rozwiązania problemu potrzeba państwa, czy też można to rozwiązać na niższym poziomie, na przykład samorządowym. Czy są potrzebne jakiekolwiek nowe instrumenty? Dopiero gdy dochodzisz do wniosku, że jest problem, i wiesz, że nie da się go rozwiązać za pomocą już dostępnych instrumentów, tworzysz nowy. Czyli piszesz prawo w odpowiedzi na luki. W Polsce zazwyczaj zaczynamy od tego, że ktoś wpada na pomysł, że chciałby zrobić jakąś ustawę, bo ma taką idée fixe. Ona czasem jest oparta na twardej wiedzy, czasem na wyobrażeniach, bo ktoś kiedyś zobaczył wyimek rzeczywistości i bardzo go ten wyimek przekonał. To nie jest zależne od koloru politycznego. Skądinąd NBP jest pod tym względem wyjątkowy, bo tu zanim ktokolwiek podejmie decyzję, najpierw wielu ludzi pracuje, by dostarczyć wiedzę.

Zastosujmy więc tę metodę w praktyce. Rynek pracy ma jakiś problem?

Mnóstwo.

Główny?

Z jakiej perspektywy?

Według przedsiębiorców najgorszy jest brak elastyczności. Według pracowników – zbyt duża elastyczność.

Czyli chcą panowie, byśmy rozmawiali z perspektywy aktorów?

Tak. Z perspektywy uczestników.

To jest całkiem rozsądna perspektywa, ale można się zastanowić nad innymi: na przykład ilościową, procesową itp. Ta, którą panowie podają, nie jest jedyna.

Ale najbardziej zrozumiała. Spróbujmy.

Jeśli pytają panowie o elastyczność, to akurat ani jedni, ani drudzy nie mają w pełni racji. W każdym razie tak mówią dane. Pracodawcy skarżą się na ograniczenia kodeksu pracy. Świadomość pracowników, często bardziej medialna niż faktyczna, dotyczy naruszeń tego kodeksu. Te dwie perspektywy siłą rzeczy muszą dawać odrębną diagnozę. Ale to nie znaczy, że którakolwiek z nich jest poprawnym opisem dominującej części rzeczywistości.

Pracownicy mają „medialną perspektywę”? Co to znaczy?

Jak się panowie naczytają, że jest mnóstwo śmieciówek, to zaczną uważać, że śmieciówki to wielki problem. Nawet jeśli nigdy w życiu nie widzieli śmieciówki na oczy.

700 tys. ludzi pracuje w agencjach pracy tymczasowej, 1,1 mln pracuje na samozatrudnieniu, 1,4 mln to umowy cywilnoprawne. Nawet odejmując od samozatrudnionych połowę, zostaje w sumie ok. 3 mln. To ta „medialna perspektywa”?

Skąd się panom wzięła połowa? Bo innych pracowników zatrudnia co trzeci samozatrudniony, przy czym nie upieram się, że to dobra miara „wymuszonego” samozatrudnienia. Więc pytanie o to, skąd panom do głowy przyszła połowa, jest pierwszą refleksją analityka. Drugą zaś: co z tego, że ktoś ma umowę cywilnoprawną? Czy to oznacza, że powinien mieć umowę o pracę i jej nie ma, czy też, że to dla niego atrakcyjna forma zarobkowania, zgodna z preferencjami. Z jednej strony jest ktoś, kto sprząta na umowę o dzieło, czyli czysty absurd i nadużycie kodeksu pracy. Z drugiej strony jednak może być osoba dowolnej profesji, która raz na jakiś czas, incydentalnie, bo jest utrzymywana przez innego członka rodziny, coś przetłumaczy albo namaluje. Na umowę o dzieło oczywiście. Z liczb, które panowie przytaczają, nie jesteśmy w stanie powiedzieć, ile jest których, ponieważ obecnie nie ma dostępu do tych danych, więc nikt nie prowadzi analiz na ten temat.

Czyli jesteśmy w punkcie wyjścia, bo medialna perspektywa może się okazać całkiem prawdziwa.

Szczerze: odmawiam dodawania do 3 mln, bo te liczby nie mają sensu, który panowie im nadają.

Zdajemy sobie sprawę, że te 3 mln mogą być przesadzone, z drugiej strony brak nam danych dowodzących, że jest zupełnie inaczej.

My w NBP staramy się tych danych dostarczyć. Choćby przez coroczne Badanie Ankietowe Rynku Pracy (BARP). Rzeczywiście zdecydowana większość firm przyznaje, że korzysta z umów cywilnoprawnych w ciągu roku, natomiast gdy pytamy, jaka to jest część ich zespołu, to wychodzą minimalne odsetki. Mogliby panowie powiedzieć, że firmy kłamią. Ale one nie sprawozdają konkretnych osób, czyli czegoś, za co potencjalnie można by je złapać. Po drugie, jaki miałyby cel, skoro przychodzimy do nich i pytamy analitycznie, a nie jak urząd skarbowy lub inspekcja pracy? Więc z tych naszych badań wychodzi, że ok. 4 proc. zawartych umów ma charakter cywilnoprawny. Tylko. Jeśli mam problem prawny w firmie i zatrudniam prawnika na umowę o dzieło, to nie naruszam kodeksu pracy. Podobnie gdy chcę przerobić biuro i zatrudniam architekta albo dekoratora wnętrz.

Ale jeśli zatrudniam przez dwa lata sprzedawcę w sklepie na umowę-zlecenie, to już tak.

Racja, to czyste nadużycie kodeksu pracy, czyli łamanie prawa. Ale nawet te 4 proc., które wychodzą z naszego badania, nie świadczą potencjalnie o dużej skali śmieciowości, tylko o tym, że są zawody – i zawsze będą – w których w ten sposób zawsze się funkcjonuje. Jest powód, dla którego we wszystkich systemach prawnych istnieją umowy incydentalne i umowy ciągłe. To, że w Polsce oskładkowanie umów incydentalnych, czyli zlecenia i o dzieło, jest niepełne, wynika z tego, że nie ma również pełni świadczeń i ochrony. Nie twierdzę, że pracodawcy nie nadużywają tej asymetrii pomiędzy poszczególnymi umowami, ale to zupełnie osobna dyskusja.

Nawet jeśli nadużywają, to nie grożą im za to żadne kary. Przecież Państwowa Inspekcja Pracy nic nie może. Wszyscy to wiedzą. Co to za kontrola, jeśli musi być zapowiedziana?

Kto twierdzi, że musi?

Takie są regulacje.


Pozostało jeszcze 64% treści
Aby zobaczyć cały artykuł, zaloguj się lub wykup dostęp
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

Polecane

reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Dowiedz się więcej

Prawo na co dzień

Galerie

Polecane

reklama