Pracownicy dwunastu województw zatrudnieni w przemyśle mają pensje niższe od średniej krajowej w tym dziale gospodarki – wynika z danych GUS. Na tej liście już od dekady tkwią te same regiony. Dystans, jaki dzieli zarobki w najbiedniejszych województwach do przeciętnych wynagrodzeń w kraju, się zwiększa.

Najbardziej w woj. świętokrzyskim. W pierwszych trzech kwartałach 2004 r. w firmach przemysłowych zatrudniających ponad 9 osób płace były tam o 7,7 proc. niższe od średniej krajowej. A w tym roku są już mniejsze o 14,3 proc. Pod tym względem pogorszyło się również w trzech innych województwach: warmińsko-mazurskim, podlaskim i kujawsko-pomorskim.

– To efekt tego, że na ogół mało jest tam nowoczesnego i dużego przemysłu, w którym zarobki rosną najszybciej, gdyż zatrudnia się w nim często wysokiej klasy specjalistów – ocenia Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium.

W regionach tych nie ma wielu wielkich firm, ponieważ kapitał zagraniczny omija te tereny, choćby ze względu na słabą infrastrukturę drogową. A gdy brakuje dużych przedsiębiorstw, to nie ma też silnych związków zawodowych, które upominają się o wzrost płac. Za to dominują tam mikroprzedsiębiorstwa oraz małe i średnie firmy, w których przeważają minimalne wynagrodzenia. Część z tych firm płaci pracownikom pod stołem, co zaniża oficjalny poziom wynagrodzeń.

Warmińsko-mazurskie wciąż ma największą stopę bezrobocia

Zdaniem ekspertów niski poziom płac wiąże się także z rolniczym charakterem tych terenów i z tradycyjną strukturą przemysłu – z dużym udziałem branży drzewnej oraz spożywczej. A w nich pensje są zwyczajowo skromne.

Trzeba pamiętać również o tym, że o poziomie wynagrodzeń decyduje sytuacja na lokalnych rynkach pracy. Tymczasem bezrobocie w woj. warmińsko-mazurskim (niechlubny lider pod tym względem), świętokrzyskim czy podlaskim jest od lat wyższe niż w regionach o lepszym potencjale gospodarczym. A tam, gdzie bezrobocie jest wysokie, przedsiębiorcy podnoszą płace tylko wtedy, gdy muszą, np. gdy rząd zwiększy płacę minimalną.

W rankingu płac w przemyśle w ciągu ostatniej dekady awansowało za to woj. podkarpackie, choć produkt krajowy brutto na mieszkańca jest tam wciąż o jedną trzecią niższy niż przeciętnie w kraju. Średnia pensja w przemyśle tego województwa skróciła w ciągu dekady dystans do średniej płacy krajowej o 0,5 pkt proc. Ale nadal jest o 14,8 proc. niższa od niej.

– Nieznaczna poprawa wynika z rozwoju innowacyjnego przemysłu lotniczego w tym regionie. Zarobki w tej branży są dość wysokie i podnoszą średnią płacę w województwie – twierdzi prof. Zenon Wiśniewski z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

W ostatniej dziesięciolatce najbardziej wzrosła przeciętna płaca pracowników zatrudnionych w przemyśle woj. łódzkiego: o 80 proc. (o 1666 zł), do 3748 zł. – To nieprzypadkowe – twierdzi prof. Stefan Krajewski z Uniwersytetu Łódzkiego. Wyjaśnia, że przedsiębiorcy musieli podnosić tam płace bardziej niż gdzie indziej, bo zarobki w branży odzieżowej i dziewiarskiej były wręcz tragicznie niskie. – Gdyby ich nie podniesiono, to pracownicy mogliby uciec do innych sektorów gospodarki albo za granicę – tłumaczy prof. Krajewski.

Dodaje, że systematycznie rosły też w ostatnich latach wynagrodzenia w przemyśle rolno-spożywczym, którego w woj. łódzkim także jest sporo. Podwyżki były możliwe, ponieważ – jak się okazuje – ostatni kryzys akurat tej branży nie zaszkodził. Popyt na produkty żywnościowe jest bowiem stabilny. Kondycję finansową tej branży wzmacniał także rosnący eksport. Jednak nawet po wysokich podwyżkach przeciętna płaca w woj. łódzkim nadal jest niska i wynosi obecnie 3748 zł. Jest więc o 6,7 proc. niższa od średniej krajowej (w 2004 r. była niższa o 14,1 proc.).

Nadal najwięcej zarabiają zatrudnieni w przemyśle w woj. mazowieckim. Ale różnica w porównaniu ze średnią krajową nie kłuje w oczy jak przed 10 laty. Dziś jest to 15,2 proc. wobec 22,7 proc. przed dekadą.

– Zacieranie dysproporcji w płacach pomiędzy regionami będzie zależało od poprawy sytuacji na rynku pracy i od tego, czy przyspieszy rozwój gospodarczy najsłabszych regionów w wyniku np. poprawy infrastruktury komunikacyjnej i biznesowej – uważa prof. Wiśniewski.

Zastrzega przy tym, że nie ma co liczyć na szybkie zmiany, bo przyciąganie inwestycji, które mogłyby stworzyć miejsca pracy dla dobrze opłacanych specjalistów, jest sprawą złożoną i wcale nie łatwą. I nie o same pieniądze tu chodzi. – Tym bardziej że jak się okazuje, nawet duże środki z Unii Europejskiej nie poprawiły sytuacji najbiedniejszych regionów w stosunku do najlepiej rozwiniętych obszarów kraju – podkreśla prof. Wiśniewski.