Jeden z moich znajomych, który chciał ubiegać się o stanowisko kierownicze, od swojego znajomego usłyszał: „Ten konkurs już jest rozpisany na konkretną osobę, kolejny również. Musisz poczekać na inny”.

Dobra zmiana zlikwidowała rok temu konkursową fikcję dla dyrektorów rządowych, być może podobnie stanie się na szczeblu samorządowym. Tyle że, jak pisaliśmy wczoraj, ostatnie 12 miesięcy pokazuje, że nie wszyscy, którym zaproponowano kierownicze stanowiska, dobrze czują się w administracji i ich przełożeni, chcąc, nie chcąc, muszą ich zwalniać, bo po prostu do niczego się nie nadają. („Szef bez konkursu szybko wymieniany” DGP nr. 6 z 2017 r.) Może więc jednak warto korzystać z art. 681 kodeksu pracy, który wciąż daje możliwość przeprowadzenia konkursu na kierownicze stanowisko? Przez rok nie skorzystał z tej możliwości nikt. Pewnie szefom jednostek rządowych wydawało się, że w szeregach partii jest wiele zaufanych osób z odpowiednimi kompetencjami. Ale może ten rok, w którym musieli jednak zwalniać zatrudnionych przez siebie niekompetentnych pracowników, ich czegoś nauczył?

Warto pamiętać, że większość dyrektorów, których wyrzucono z administracji, to fachowcy, którzy pracowali tam i za rządów PO i SLD, a nawet AWS. Te osoby miały tzw. pamięć instytucjonalną, co w administracji jest bardzo istotne. Wiedziały, jakie przepisy trzeba stosować i jakie rozwiązania w przeszłości były skuteczne, a jakie trzeba było zmienić. Być może wśród nowych dyrektorów są też ludzie zdolni, ale zanim nauczą się, na czym polega praca w administracji, trochę czasu upłynie. Dlatego dla psychicznego spokoju ministra, wojewody i innych szefów może warto czasami zastanowić się nad zorganizowaniem zwykłej rozmowy kwalifikacyjnej dla kandydatów na stanowisko dyrektorskie. I zaproszeniem większego grona chętnych, aby zweryfikować, czy nasz kolega partyjny jest rzeczywiście taki dobry, czy też tylko wierny. Przecież na sukces szefa pracują wszyscy, im wcześniej uświadomią sobie to rządzący, tym lepiej. Przede wszystkim dla zwykłych obywateli.