statystyki

Cyberpunk - najlepsza metafora cyfrowej rewolucji technologicznej

autor: Piotr Kofta03.02.2018, 13:30
cyberpunk

Cyberpunk – kontrkulturowy bunt fantastów sprzed ponad trzech dekad – okazał się najtrafniejszą metaforą cyfrowej rewolucji technologicznejźródło: ShutterStock

Cyberpunk – kontrkulturowy bunt fantastów sprzed ponad trzech dekad – okazał się najtrafniejszą metaforą cyfrowej rewolucji technologicznej. Wykreowanego przez niego języka wciąż używamy do opisywania przyszłości

Reklama


Zacznę może od wyznania: jestem niezmodyfikowany. Nieokablowany. Nie mam żadnych neuralnych wszczepów, żadnej wtyczki z tyłu głowy. Nie noszę nigdzie na ciele kodu kreskowego, nie mam egzoszkieletu wyhodowanego w wojskowych laboratoriach, brakuje mi nawet banalnego, taniego wyświetlacza zastępującego soczewki.

Oczywiście mogę być cyfrową symulacją zamkniętą w maszynie. Z tym każdy powinien się liczyć. Ale – trudno orzec, czy optymistycznie – zakładam, że żyję we własnym ciele, żyję własnym ciałem, jestem „mięsem”, jak to się pogardliwie mawiało w cyberpunkowym żargonie.

Czy jednak na pewno jestem niepodłączony?

Korporacyjne serwery, a także rozmaite „policje – tajne, widne i dwu-płciowe” śledzą każdy mój ruch w sieci, czytają moje e-maile i SMS-y, wiedzą o mnie niejednokrotnie więcej niż ja sam. Uliczne kamery znają moją twarz. Cyfrowy świat zresztą wabi i uzależnia: czuję, że trudno byłoby mi się wycofać do rzeczywistości przedinternetowej. Wyróżnia mnie to, że jeszcze umiem sobie wyobrazić sytuację, w której po prostu rozczarowany wracam do papieru, maszyny do pisania, liczydła, analogowego telefonu o mobilności wyznaczanej długością przewodu – ostatecznie dorastałem w PRL. Kolejne pokolenie potraktowałoby taką sytuację jako realną apokalipsę – jak w filmie „Transcendencja” (2014) Wally’ego Pfistera, gdzie grany (raczej od niechcenia) przez Johnny’ego Deppa naukowiec zajmujący się sztuczną inteligencją zostaje w stanie agonalnym przekodowany bit po bicie do postaci cyfrowej, a potem, już jako świadoma chmura informacyjna, rozprzestrzenia się we wszystkich zakamarkach sieci. Jedyny sposób, by go zniszczyć – czy może raczej: zdezaktywować – to wyłączyć naraz całą elektronikę.

Jest to klasyczny, ludystyczny motyw współczesnej fantastyki. Ślad po starym jak ludzkość marzeniu o powrocie do rajskich ogrodów, gdzie można łazić na golasa, jeść do syta i przytulać się do lwów.

To się nie zdarzy. Jesteśmy podłączeni, by tak rzec, na dobre i na złe. Tyle że jesteśmy podłączeni na miękko, a nie na twardo.

Cyberpunkowcy wiedzieli o tym, że technologia zmienia człowieka znacznie bardziej niż człowiek technologię. Że technologia zbliża człowieka do granicy, za którą leży nieznane terytorium.

Projektowanie wyobraźni

Cyberpunkowa estetyka portretowania bliskiej i dalszej przyszłości – wszystkie jej fetysze: te kable, wtyczki i inne transformacje ciała, te cyborgi, androidy i modulowane głosy w twojej głowie, ci nieletni hakerzy, waleczne hakerki w okularach lustrzankach i rozmaite „duchy w pancerzu”, te zalane deszczem, monstrualne metropolie, pogrążone w mroku rozświetlanym blaskiem holograficznych reklam – zawładnęła naszą masową wyobraźnią. Jej imaginarium stało się programem obowiązkowym futurystycznego obrazowania. I nie starzeje się, zyskuje tylko na wizualnej wyrazistości wraz z przyrostem mocy procesorów graficznych. Skądinąd nudnawy i napompowany pseudointelektualnymi bredniami „Blade Runner 2049” (2017) Denisa Villeneuve’a olśniewa obrazami, ale są to obrazy, które znamy. Świetna amerykańska adaptacja kultowego „Ghost in the Shell” (2017) precyzyjnie ukonkretnia świat swego japońskiego pierwowzoru z lat 90. zeszłego wieku, ów z kolei czerpał z mangi Masamune Shirowa, a ta – z repozytorium wyobraźni twórców cyberpunku epoki schyłku zimnej wojny.

Krótko mówiąc, cyberpunk to stara historia. Ten, kto przyszedł na świat w roku 1984, gdy wyszła najważniejsza (i w zasadzie definiująca cały gatunek) powieść pierwszej fali cyberpunku, czyli „Neuromancer” Williama Gibsona, w roku 2018 będzie obchodził 34. urodziny.

Wedle obiegowej opinii nic tak szybko się nie starzeje jak wizje przyszłości. Jest w tym trochę racji, gdy wziąć pod uwagę choćby technokratyczny optymizm sprzed półwiecza i liczne koślawe dokonania ówczesnej „naukowej futurologii”, z których tak chętnie kpił Stanisław Lem.


Pozostało jeszcze 79% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam kod promocyjny
Więcej na ten temat

Reklama


Artykuły powiązane

Polecane

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Dowiedz się więcej

Galerie

Polecane