– Szkoły rzeczywiście się starają, same dostosowują program do wymagań rynku, nauczyciele się doszkalają. Warto jednak, by było to powszechniejsze – mówi DGP wiceprezes Krajowej Izby Gospodarczej Jerzy Miszczak.

Dziś trudno uwierzyć, że jeszcze dekadę temu w Janowie Podlaskim, słynnym z hodowli koni czystej krwi arabskiej, nie było szkoły, która uczyłaby przyszłych hodowców. – Mnie też, tu urodzonemu i wychowanemu, wydawało się to nielogiczne. Przecież nawet kiedy rynek koński przeżywał kryzys, wciąż było zapotrzebowanie na wykwalifikowanych pracowników. Stąd właśnie wziął się pomysł, by przy zespole szkół uczącym techników rolnictwa, policjantów czy strażników granicznych utworzyć klasę ze specjalizacją technik hodowli koni – opowiada nam dyrektor tej szkoły Jarosław Dubisz. – Wprawdzie są inne szkoły też szkolące takich ekspertów, ale i tak musieliśmy opracować nasz własny, autorski program. Musieliśmy, bo mając bezpośrednio do czynienia z prywatnymi hodowcami ze stadniny w Janowie, widzieliśmy, jakie są ich wymagania – dodaje Dubisz. Stąd choćby spory nacisk na biologię i podstawy weterynarii ale także tak duża jak tylko się da liczba zajęć praktycznych – od sprzątania po naukę jeździectwa. Nawet po 20 godzin tygodniowo.

Podobnie jak on wielu dyrektorów zawodówek i techników razem ze swoimi nauczycielami opracowuje własne, oparte na modułach (czyli połączonych blokach przedmiotów w obrębie nauki zawodu) programy.

Takie autorskie moduły mają np. technikum w Zespole Szkół TechnicznoInformatycznych w Gliwicach uczące zawodów: technik elektryk i technik elektronik czy Technikum w Zespole Szkół Elektronicznych i Informatycznych w Sosnowcu z autorskimi programami dla techników informatyków i teleinformatyków.

Niestety to wciąż wyjątki. Jak pokazują badania przeprowadzone przez GfK Polonia na zlecenie Krajowego Ośrodka Wspierania Edukacji Zawodowej i Ustawicznej, w zaledwie 19 proc. szkół realizowane są autorskie programy nauczania w zawodzie. Jeszcze rzadziej, bo tylko w co dziesiątej placówce praktykowane jest kształcenie modułowe. Modułowe różni się od tradycyjnego, przedmiotowego modelu tym, że zamiast tradycyjnych przedmiotów opiera się na modułach, czyli specjalnie wyodrębnionych częściach programu nauczania lub kursu, który doprowadza do uzyskania określonych kwalifikacji.

– Oczywiście by w ten sposób kształcić, szkoły muszą mieć chęć do wyjścia poza najłatwiejszy podstawowy program, ale także odpowiednią bazę dydaktyczną – tłumaczy Miszczak. Tej, jak wynika ze wspomnianego badania, wciąż nie ma ponad połowa techników i zawodówek. Ale nawet te, które dysponują i odpowiednio wykształconymi nauczycielami, i możliwościami technologicznymi, wcale nie palą się do zmian. Programy modułowe wdrażane są tylko w jednej czwartej przypadków, kiedy to jest możliwe.

– Oczywiście, że jest to trudniejsze niż skorzystanie z gotowego programu, ale dzięki takiej nauce nie mam bezrobotnych absolwentów, a nawet więcej: biją się o nich pracodawcy z Francji czy Wielkiej Brytanii – tłumaczy dyrektor Dubisz.