Choć rok szkolny kończy się w ten piątek, to dla szkół i przedszkoli publicznych i niepublicznych prowadzonych przez prywatne podmioty zaczyna się okres wytężonej pracy. Do końca wakacji muszą skompletować całą kadrę nauczycielską, bo od 1 września wchodzą przepisy, które zakazują zatrudniania w tych placówkach na umowach śmieciowych, a także zlecania prowadzenia zajęć przez zewnętrzne firmy. Wszyscy nauczyciele, czy tego chcą, czy nie, muszą pracować na umowie o pracę. Nawet, jeśli będzie to ułamek etatu.

Zdaniem ekspertów, część szkół będzie musiała rezygnować ze specjalistów, którzy prowadzą firmy i nie są zainteresowani etatami. Nowe rozwiązania mogą się więc przyczynić do obniżenia jakości kształcenia, a także do zwiększenia kosztów związanych z czesnym.

Wyższe opłaty

Dla prywatnych właścicieli szkół i przedszkoli zatrudnianie na etat to dodatkowy koszt. Ale ten wzrost wydatków nie przekłada się na wyższą dotację z gminy.

– W związku z wejściem w życie art. 10a Karty nauczyciela nie przedłużymy współpracy z nauczycielem religii. Był zatrudniony na umowę-zlecenie. Podstawowym jego miejscem pracy jest szkoła publiczna, gdzie ma etat – mówi Kazimierz Stankiewicz, wiceprezes spółki Szkoły Marzeń w Piasecznie oraz jej dyrektor zarządzający. – Nowelizacja KN w tym przypadku nie jest na rękę ani nauczycielowi, ani szkole. Katecheta mógł u nas dorobić do swojej pensji, stawka godzinowa była wyższa niż w szkole samorządowej. Jego godziny przejmie katecheta zatrudniony na umowę o pracę w naszych szkołach, który i bez nich miałby znacznie większą niż pensum liczbę godzin – dodaje.

Podobne sytuacje są w innych placówkach.

– Zawsze do końca maja mieliśmy załatwione wszystkie sprawy kadrowe. Teraz przez wakacje musimy liczyć koszty i proponować części nauczycieli nowe wynagrodzenie. Pracowali u nas angliści, którzy mają własne firmy. Teraz chcąc ich zatrzymać, musimy zwiększyć wydatki na ich zatrudnienie na etacie o 40 proc. Podwyższyliśmy też czesne o 100 zł – do 1350 zł. Wiem, że w innych tego typu placówkach podwyżki sięgają nawet 400 zł. Jeśli nie wystarczy nam pieniędzy na utworzenie nowych etatów w miejsce zleceń, to musimy pomyśleć o kolejnej podwyżce pensum – mówi Grażyna Seroka, dyrektor Prywatnej Szkoły Podstawowej nr 92 w Warszawie.

I przekonuje, że nowe rozwiązanie prawne będzie skutkowało tym, że mniej pieniędzy trafi na wsparcie uczniów.

Anna Kordecka-Magiera, wicedyrektor Prywatnej Szkoły Podstawowej nr 1 Fundacja Szkolna DONA z Krakowa, potwierdza, że ma podobne problemy związane z organizacją nowego roku szkolnego.

– Koszty zatrudnienia na etat są wyższe. Mimo to staramy się za wszelką cenę zatrzymać dotychczasowych nauczycieli pracujących na zleceniu lub prowadzących działalność – deklaruje.

Dodatkowa zgoda

Kwestie finansowe to niejedyny problem, z jakim borykają się właściciele niesamorządowych szkół i przedszkoli. Kolejnym jest zgoda na dorabianie na etacie. Nauczyciele zatrudnieni w samorządowych szkołach muszą o nią teraz pytać dyrektora. Nie było takiego wymogu, jeśli zatrudniani byli na umowie-zleceniu.

– O tę zgodę nauczyciele muszą pytać jeszcze rok, zgodnie z ustawą wprowadzającą prawo oświatowe (t.j. Dz.U. z 2017 r. poz. 59). Potem wymóg znika. Takie rozwiązanie miało sprawić, aby nie dochodziło do blokowania miejsc pracy dla zwalnianych z gimnazjum nauczycieli, którzy pracę mogą znaleźć także w szkołach niesamorządowych. To jeden z wielu przepisów wychodzących naprzeciw tej grupie w trudnym okresie wdrażania reformy – wyjaśnia Elżbieta Rabenda, ekspertka z listy MEN, niezależna specjalistka ds. oświaty.

– Dyrektorzy co prawda deklarują, że sprzeciwiać się nie będą, ale stawiają warunek. Trzeba dopasować plan zajęć z niesamorządowej jednostki do planu szkoły macierzystej – dodaje.

Kwestia interpretacji

Właściciele prywatnych i publicznych placówek nie do końca wiedzą, jak wdrażać nowe rozwiązania.

– Z tego, co mi wiadomo, szkoły niepubliczne dostosowują się do nowych przepisów. Mają jednak wątpliwości, jak interpretować przepisy – potwierdza Kazimierz Stankiewicz. – Spotkałem się np. z opinią, iż współpraca z nauczycielem prowadzącym działalność gospodarczą wcale nie stoi w sprzeczności z art. 10a KN, bowiem nie jest on przecież zatrudniany przez szkołę – wskazuje.

Nie brakuje też takich dyrektorów placówek niesamorządowych, którzy nie chcą nic zmieniać. Część z nich, prosząca o zachowanie anonimowości, uważa, że wystarczy wypłacić pensje z czesnego, a nie np. z dotacji (nie dotyczy to szkół publicznych prowadzonych przez prywatne podmioty – bo tam nie ma czesnego). Za takie działania mogą jednak zostać wykreślone z gminnego rejestru szkół.

Prof. Antoni Jeżowski z Instytutu Badań w Oświacie, były nauczyciel, dyrektor szkoły i samorządowiec, przyznaje, że dopóki nie zostanie zmieniony kodeks pracy, który zakaże zatrudniania na umowach śmieciowych, może dochodzić do takich praktyk w szkołach. 

opinia

Zatrudnienie nauczycieli na etat nie musi być dla nich korzystne

Od 1 września wszystkie niepubliczne szkoły i placówki będą miały obowiązek zatrudniania nauczycieli wyłącznie na umowy o pracę. Pierwszy problem to jak zdefiniować pojęcie „nauczyciela”. Wbrew pozorom Karta nauczyciela wcale nie zawiera pełnej definicji, kim jest taka osoba. Dlatego MEN twierdzi, że są nimi (w placówkach niepublicznych) także psycholodzy, pedagodzy i logopedzi, podczas gdy zdaniem innych są to specjaliści, czyli „inni pracownicy pedagogiczni”, którzy są z tego obowiązku wyłączeni.

W przeważającej liczbie szkół, szczególnie zaocznych, umowy będą zawierane na znikomą część etatu, nawet 1/40 czy 1/80 pełnego wymiaru czasu. Obecny kodeks pracy zupełnie nie jest dostosowany do takich sytuacji, a opracowywany ostatnio nowy kodeks został odesłany w prawny niebyt. Jak więc, na podstawie niedostosowanych przepisów, zawierać umowy zgodnie z wolą MEN?

Kolejne wyzwanie to zatrudnianie właśnie specjalistów terapeutycznych. Gdy np. w przedszkolu wymagana jest doraźna pomoc psychologiczna, normalnie korzysta się z pomocy poradni czy indywidualnego specjalisty. Teraz chyba należałoby taką osobę zatrudnić na czas oznaczony, np. 2 godziny pracy (sic!), co samo w sobie zakrawa na absurd. Nie mówiąc o tym, że pozbawia się pracy rzesze indywidualnych przedsiębiorców, świadczących tego rodzaju usługi i zmusza ich do niechcianej przez nikogo umowy o pracę. Miejmy nadzieję, że MEN się zreflektuje, przynajmniej w tym zakresie.

Dla nauczycieli nowe zasady też wcale nie są korzystne, wbrew temu, co stara się wmówić MEN. Nie ma może problemu z zatrudnianiem w przedszkolach czy szkołach na pełen etat, ale już w placówkach czy szkołach zaocznych zatrudnienie nawet na znikomy wymiar czasu i tak będzie wymagało zgody macierzystego pracodawcy (dyrektora szkoły publicznej), o co niełatwo. A jak wykorzystać urlop, gdy jednocześnie nauczyciel zatrudniony jest u kilku pracodawców i nie ma woli, by wszyscy udzielili go w tym samym czasie? Gdy taki ułamkowy nauczyciel pójdzie na zwolnienie, zatrudnienie zastępcy także będzie wymagało umowy o pracę na kilka godzin…

Osobom prowadzącym placówki pozostają prawne łamańce, jak zawieranie umów na pracę weekendową (w szkołach zaocznych), ułamek etatu, korzystanie z możliwości, jakie daje kodeks pracy, by kolejna umowa na czas oznaczony nie przekształciła się automatycznie w umowę na stałe. Tylko czy rzeczywiście taki był racjonalny zamysł ustawodawcy, czy też jest to tylko emanacja doraźnej polityki?