Po pielęgniarkach z Centrum Zdrowia Dziecka o swoje prawa upominają się lekarze rezydenci. Po ośmiu latach reaktywowali Porozumienie Rezydentów OZZL. Cele od 2007 roku pozostają niezmienne: poprawa warunków pracy i płacy.
Reklama

Rezydent to lekarz w trakcie specjalizacji. Ma 26-38 lat, ukończył już sześcioletnie studia, które trwają okrągły rok, bo w trakcie wakacji odbywali praktyki i odbył trzynastomiesięczny staż i ma pełne prawo do wykonywania zawodu. Wykonuje dokładnie te same czynności, co lekarz specjalista. Jeśli ma szczęście, drogę do specjalizacji odbywa w trybie rezydentury: jest zatrudniony na podstawie umowy o pracę i dostaje wynagrodzenie w wysokości 2200-2570 zł netto. Pozostałym zostaje tryb pozarezydencki: mogą sami postarać się o etat lub pracują na zasadzie wolontariatu. Z pierwszymi patologiami systemu zderzają się już na tym etapie. Pensja rezydenta jest wypłacana przez Ministerstwo Zdrowia, a za etat płaci szpital. W efekcie rzadko szpitale chcą zatrudniać młodych lekarzy, a jeśli już to wiąże się to z podpisaniem „lojalki” pracowania w danym miejscu przez lata po zakończeniu szkolenia.

- Zdobycie tego zawodu okupione jest ogromnymi wyrzeczeniami. Życia prywatnego młodzi lekarze w zasadzie nie mają. Przed specjalizacją mało kto decyduje się na założenie rodziny, kobiety nawet nie myślą o rodzeniu dzieci. Już same 6 lat studiów to bardzo ciężka praca, a wraz ze zdobyciem dyplomu zaczyna się jeszcze cięższy okres w ich życiu - specjalizacja. Dlatego pieniądze to tylko wierzchołek góry lodowej całego problemu – mówi dr Stanisław Maksymowicz, socjolog medycyny, ekspert Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego

Adam: Lekarz kończy specjalizację i ma 38, czasem więcej lat. Scenariusze są zazwyczaj dwa. W pierwszym nie ma żony lub męża ani dzieci, a przyjaciół można policzyć na palcach jednej ręki. Jeśli miał szczęście i mógł pojechać na jakieś szkolenie czy konferencję, to były to jego wakacje. Nie ma mieszkania ani samochodu. W drugim scenariuszu miał odwagę negocjować warunki zatrudnienia, tak aby mieć czas na w miarę normalne życie. Najprawdopodobniej okupił to olbrzymim stresem i jest traktowany jeszcze gorzej niż „normalny” rezydent, bo takich „leni” się nie lubi.

Takich leni jest około 17 proc. Tylko tylu ankietowanych przyznało, że pracuje 37 godzin i 55 minut tygodniowo, czyli tyle ile zgodnie z normami UE wynosi etat lekarza. Prawie 10 proc. badanych deklaruje, że pracuje ponad 92 godziny tygodniowo. Wśród lekarzy, którzy pracują najwięcej, najliczniejszą grupę stanowią najmłodsi (do 7 lat stażu pracy). Skąd te liczby? Z jednej strony sami lekarze łapią dodatkowe dyżury albo całe etaty, bo chcą dorobić. Z drugiej często w podstawowym miejscu pracy są przymuszani do zostawania po godzinach.

Krzysztof: Na początku mojej pracy dyżur od 8 do 16 to była fikcja. Ze szpitala codziennie wychodziłem po 19, bo chciałem poświęcić pacjentom tyle czasu ile wymagali, a nie tyle ile przewiduje system.

Do tego dochodzą dyżury 24-godzinne, które nierzadko przeciągają się na kolejną dobę.

Adam: W powszechnym przekonaniu lekarze zarabiają krocie. I często tak faktycznie jest. Nie zauważa się jednak, że żeby zarobić te 5 tys. zł pracujemy po 80 godzin tygodniowo. I pamiętajmy, że my w tym czasie leczymy ludzi – jesteśmy odpowiedzialni za ich zdrowie i życie.

- Trzeba sobie zdać sprawę z szerszego kontekstu całej tej sytuacji, jaka narosła wokół młodych lekarzy. Z jednej strony widzą, że zarabiają 2 tys. zł, a ich starsi koledzy przykładowo 6-8 tys. - tacy sami lekarze, z podobnymi uprawnieniami i odpowiedzialnością, pracujący tyle samo. Jednocześnie widzą swoich kolegów, którzy zdecydowali się wyjechać za granicę i tam, na samym początku, dostają dokładnie tyle samo pieniędzy, co starsi koledzy w Polsce. Zdecydowanie może to rodzić frustrację i poczucie niesprawiedliwości – tłumaczy dr Maksymowicz.

Lekarz w trakcie specjalizacji co prawda ma już pełne uprawnienia do wykonywania zawodu, ale założeniem rezydentury jest nauka. Tymczasem, na co narzekają rezydenci, starsi lekarze często utrudniają młodym zdobywanie wiedzy. Dotyczy to zwłaszcza specjalizacji, które pozwalają na otworzenie własnej prywatnej praktyki. - Przykładowo specjalista ginekolog nie ma żadnego interesu w tym, żeby uczyć młodego, który za chwilę sam może otworzyć gabinet i odebrać mu pacjentki. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich specjalizacji i wszystkich lekarzy. Są takie np. neurochirurgia, gdzie relacja uczeń-mistrz wciąż jest podstawą, a wiedza przekazywana przez starszych bezcenna – mówi dr Maksymowicz.

Są sytuacje, których młody lekarz przychodzi na dyżur i nie ma szans, żeby być obecnym przy zabiegach czy asystować lekarzowi. Zamiast tego zajmuje się biurokracją, bo przecież ktoś to musi zrobić. Dochodzi więc do potencjalnie bardzo niebezpiecznych sytuacji, w których młody lekarz kończy specjalizację mając przeprowadzone 1-2 operacje, bo po prostu nie jest do nich dopuszczany,

- Ta konkurencja miedzy młodymi a starszymi lekarzami jest, ale jest zupełnie niezrozumiała. Nawet gdyby lekarzy w Polsce było dwa razy więcej niż obecnie, to pracy dla nas jest w bród – mówi Krzysztof Ostaszewski i dodaje: Sytuacja nie jest jednak jednowymiarowa. Starsi lekarze mają podobny nawał obowiązków, co my. I ci, którzy zachowują tą relację uczeń-mistrz są bez wątpienia bohaterami, bo wszystko co dla nas robią, robią poza swoimi obowiązkami i bardzo często w swoim wolnym czasie.

Reszta problemów młodych lekarzy pokrywa się z tymi, które dotyczą całej służby zdrowia: biurokracja, wyszarpywanie – jak sami mówią – nowoczesnych leków, brak szacunku ze strony pacjentów.

Krzysztof: Dochodzimy do kuriozalnej sytuacji, w której samo leczenie pacjenta jest najmniej skomplikowaną i wymagającą czynnością. Wiemy, jakie leki podać, jaką terapię zastosować. Najpierw musimy zmierzyć się z gigantyczną biurokracją, każdą naszą decyzję uargumentować i wytłumaczyć komuś, kto nie jest lekarzem, dlaczego muszę podać pacjentowi ten drogi lek. Lekarzy, nie powinno w ogóle to interesować. Powinniśmy móc naszym pacjentom zaproponować najkorzystniejszy dla nich sposób leczenia. Dziś, użyję wstrętnego słowa, urzędnicy patrzą na to czy zastosowanie drogiej terapii opłaca się z systemowego punktu widzenia. Muszą kalkulować czy opłaca się podać pacjentowi lek za 15 tys. zł, wiedząc, że przed tym człowiekiem jest rok życia.

Dlaczego sytuacja jest poważna najlepiej mówią liczby: wydatki na ochronę zdrowia w Polsce per capita są jedne z najniższych w OECD, średnio w UE na 1000 mieszkańców przypada 3.4 lekarza, w Polsce współczynnik ten wynosi 2,2; średni wiek lekarza wykonującego zawód w Polsce wynosi 49,5 lat, a średni wiek lekarza posiadającego specjalizację i wykonującego zawód 54,5 lat.

W tej chwili według szacunków za granicą może pracować nawet 30 tys. polskich lekarzy. Głównie są w tej grupie anestezjolodzy, (18,2 proc. wydanych zaświadczeń), chirurdzy: plastyczni (17 proc.) klatki piersiowej (16 proc.) i stomatologiczni (15,4 proc.), a także patomorfolodzy (12,3 proc.), radiolodzy (12 proc.), lekarze ratownictwa medycznego (10,9 proc.) oraz ortopedzi i traumatolodzy (10,1 proc.).

Większość lekarzy deklaruje, że emigracja to dla nich ostateczność i nie jest rozwiązaniem problemu. Zdecydowanie woleliby leczyć w Polsce, a co więcej - nie musieć dorabiać w prywatnych gabinetach. W sondzie, jaką przeprowadziło Porozumienie Rezydentów na pytanie, czy pensja w wysokości dwóch średnich krajowych skłoniłaby do pozostania w Polsce, tysiąc osób odpowiedziało, że tak, a zaledwie 37 – nie.