Gdyby dyrektorzy postanowili zlikwidować nierentowne oddziały, zniknęłyby prawie wszystkie interny, porodówki czy oddziały chirurgiczne - mówi Waldemar Malinowski, prezes Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych.

Mamy za dużo szpitali, tylko nikt nie chce tego głośno powiedzieć? A szczególnie przed wyborami samorządowymi?
Waldemar Malinowski, prezes Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych / Materiały prasowe / fot. materiały prasowe

Może. Ale czy zrobiono odpowiednie analizy? Szpitale to nie tylko udzielane świadczenia, lecz także bezpieczeństwo. To, że pacjentów jest na danym oddziale mało, nie zawsze oznacza, że mogłoby go w ogóle nie być. Straży pożarnej nie likwidujemy tylko dlatego, że w ostatnich miesiącach lub latach zmniejszyła się liczba pożarów.

Obecnie brak jest uzasadnienia dla redukcji liczby szpitali z kilku istotnych powodów. Należy pamiętać o trwającej wojnie na Ukrainie oraz potencjalnym rozprzestrzenianiu się tego konfliktu, jak również o nowych zagrożeniach epidemicznych, o których ostrzega WHO.

NFZ i Ministerstwo Zdrowia przez cały czas coś dosypują szpitalom – a to im wydłużają terminy spłaty za dotacje za gotowość w pandemii, które miały odrobić, a to płacą po raz kolejny nadwykonania – a szpitalom wciąż brakuje pieniędzy. Dlaczego tak jest?

Gdybyśmy jako związek o to nie zawalczyli, zapewne „dodatkowych” środków by nie było. Zapłata za nadwykonania nie jest aktem łaski. To wynagrodzenie za świadczenia wykonane ponad przyznany limit. Szpital przyjął i leczył pacjentów, którzy tej terapii potrzebowali. Jeżeli tak spojrzeć, to fakt występowania nadwykonań oznacza, że limity wyznaczane szpitalom są w wielu przypadkach nieadekwatne do potrzeb lokalnych społeczności.

Ponadto nie wszystkie nadwykonania są płacone. W obszarze ryczałtu sieciowego, który miał być gwarantem bezpieczeństwa finansowego podmiotów, prawo mówi, że nie ma nadwykonań. Oznacza to, że podmioty lecznicze nie mają prawa do otrzymania zapłaty za leczenie pacjentów ponad wyznaczony w ryczałcie sieciowym limit. Ale pacjentów przyjmują i leczą. Ponoszą koszty. Trwają prace nad uregulowaniem „nadwykonań” w ryczałcie za 2023 r. Interesujące byłoby zobaczyć zestawienie zadłużenia szpitali powiatowych w zderzeniu z nieopłaconymi świadczeniami w nadwykonaniach z siedmiu lat. Być może ta „oszczędność” lub „zysk” NFZ to właśnie równowartość nadmiarowego zadłużenia szpitali?

Które obszary generują największe koszty, a do których – jeżeli takie są – szpital musi dokładać?

Dyrektorzy jednym głosem wymieniają oddziały chorób wewnętrznych, chirurgii ogólnej, ortopedii, ginekologii i położnictwa jako te najbardziej deficytowe. Nie mając w swojej ofercie usług, które generują przychody, trudno oczekiwać, że szpital nie będzie się zadłużał.

Co z porodówkami? Zlikwidujecie je, jak będą za małe?

Pytanie, ile kosztuje mała porodówka, ile porodów się w niej odbywa, jakie są wymagania do jej finansowania ze środków publicznych i ile NFZ jest gotowy za takie świadczenia zapłacić. Odpowiemy sobie na pytanie, jaka porodówka ma szanse na przetrwanie. Drugim aspektem, a w istocie o pierwszorzędnym znaczeniu, jest bezpieczeństwo pacjentek i ich dzieci. W końcu, dostępność – jaki może być najdłuższy czas dojazdu kobiet do oddziału położniczego?

Jutro publikujecie dane finansowe szpitali powiatowych – wynika z nich, że część szpitali radzi sobie lepiej niż rok temu, innym sytuacja się pogorszyła. Czyli wygląda na to, że to efekt zarządzania, a nie – jak mówicie – złego systemu.

Najłatwiej cały problem zrzucić na zarządzających placówkami, ale to nie jest prawda. Należy pamiętać, że sytuacja każdej placówki jest inna i nie należy tego generalizować. Jednak wiele kwestii nas łączy: m.in. niedoszacowane wyceny świadczeń, inflacja, podwyżki cen prądu i leków. W ostatnich latach podwyżki wynagrodzeń dla pracowników ochrony zdrowia, które spowodowały znaczny wzrost zadłużenia szpitali. Jeżeli szpital nie otrzymuje odpowiednich środków na funkcjonowanie, to trudno za zadłużenie placówki winić osobę, która nią zarządza.

Ponadto szpitale powiatowe przez cały czas kredytują NFZ i oczekują miesiącami na zapłatę za udzielone już świadczenia. Niech pani sobie wyobrazi jakiekolwiek przedsiębiorstwo… jak długo mogłoby funkcjonować na rynku? Tak być nie może.

Liczycie na pieniądze z KPO?

Reforma musi być przemyślana. Trzy lata temu przedstawiliśmy Ministerstwu Zdrowia propozycję dotyczącą nowych, odpowiadających na potrzeby zdrowotne mieszkańców poszczególnych regionów, zasad funkcjonowania lokalnych placówek leczniczych. Chodziło o koncepcję stworzenia powiatowych centrów zdrowia. Jednym z ich głównych celów byłoby efektywniejsze wykorzystanie istniejącej infrastruktury, w tym aparatury diagnostycznej, dostępnej w naszych szpitalach, do badań mieszkańców w szerokim trybie ambulatoryjnym. Dzięki temu możliwe byłoby wcześniejsze wykrywanie chorób i szybsze rozpoczęcie terapii. Powstanie tych centrów pozwoli pacjentom na łatwiejsze znalezienie potrzebnej opieki oraz poruszanie się w systemie zdrowia, co jest przecież najważniejsze.

Pani minister mówi, że wierzy w racjonalność samorządowców i dyrektorów, którzy nie będą chcieli utrzymywać nierentownych oddziałów. I uważa, że rozmowy wystarczą i nie musi być ustawy. Dlaczego zatem szpitale utrzymują nadal nierentowne oddziały?

Dzisiaj, gdyby dyrektorzy postanowili zlikwidować nierentowne oddziały, zniknęłyby prawie wszystkie oddziały chorób wewnętrznych, porodówki czy oddziały chirurgiczne. Z powodu trudności organizacyjnych szpitale zrezygnowałyby zapewne z prowadzenia nocnej i świątecznej opieki lekarskiej, a być może część zamknęłaby szpitalne oddziały ratunkowe. ©℗

Rozmawiały Klara Klinger, Patrycja Otto