Reklama
Jak poważny jest dziś problem braku dostatecznego wsparcia psychiatrycznego dedykowanego dzieciom i młodzieży?
Żyjemy w kraju, gdzie zdrowie psychiczne nigdy nie było traktowane priorytetowo. Zwłaszcza w kontekście dzieci i młodzieży. Dopiero nacisk medialny, nagłaśnianie spraw związanych ze śmiercią młodych ludzi spowodował wzrost zainteresowania problemem. Zaniedbania są wieloletnie. Dlatego dziś stanu polskiej opieki publicznej w tej kwestii nie da się porównać z żadnym krajem europejskim. Z tej perspektywy jesteśmy terenem niecywilizowanym, a pandemia, co już zostało powiedziane, wyostrzyła niepokojące zjawiska z udziałem młodych osób.
Jakie?
Samotność, spadające umiejętności komunikacyjne i trudności ze zwracaniem się o pomoc. Na to nakładają się dziś depresja, lęki, a także nierzadkie problemy krzywd doznawanych w rodzinie. Oddziały psychiatryczne są przepełnione. Lądują tam osoby, które nie dostały pomocy na czas pół roku temu, a nawet rok. Gros to ludzie z nasilonym myślami samobójczymi lub po próbach odebrania sobie życia. I to nie jest wydumany problem. Statystyki policyjne pokazują rosnące liczby udanych prób. Ale każdy psychiatra wie, że wyłapują one tylko wycinek prawdziwej skali. W takich warunkach każda forma wsparcia, szybkiej interwencji, jest bezcenna. Sam ciągle mam nowych pacjentów. Takich, którzy choć rok szkolny rozpoczął się we wrześniu, dopiero teraz zaczynają szukać wsparcia, wychodzą z domu. Z innymi pracuję od miesięcy. Dla jednych i drugich liczy się, by pomoc była systematyczna, bo obawa, że szkoła znów przejdzie na zdalne nauczanie, jest realna.

Reklama
Co z telefonami zaufania? Czy to przestarzały model wsparcia, z którego należy się wycofywać?
Absolutnie nie! Nie mamy możliwości zapewnienia pomocy wszystkim w gabinetach. Telefony, które funkcjonują od lat, są cenne przede wszystkim dlatego, że są znane i dostępne. Owszem, reforma psychiatrii, która trwa półtora roku, stworzyła tzw. ośrodki pierwszego poziomu wsparcia. Założeniem było, że człowiek uzyska tam pomoc natychmiast. Jednak superwizuję takie placówki i wiem, że mają problemy z realizacją tego zadania. Pierwszy kontakt jest szybki, ale potem czeka się na podjęcie realnych działań. A, pamiętajmy, czas jest czynnikiem ryzyka. Tymczasem w telefonie FDDS pracują ludzie z wielkim doświadczeniem. Ich słowa mają moc.
W jakim sensie?
Weźmy skrajną sytuację. Ktoś chce sięgnąć po tabletki, żyletkę, skoczyć. Otóż człowiek nigdy nie ma w sobie stuprocentowej chęci zabicia się. Mamy biologicznie wbudowaną potrzebę i wolę życia. W tym momencie kluczowe jest znalezienie kogoś, kto się nami przejmie. Nie leki, nie szpitalne łóżko mają decydujące znaczenie, tylko relacja z kimś, dla kogo będziemy w danym momencie ważni.
Co w sytuacji, kiedy ktoś będzie bezskutecznie próbował się dodzwonić?
Ryzykujemy jego życie. Ja np. stałym pacjentom udostępniam swój numer telefonu, by dzwonili w chwilach trudnych. Zastrzegam jednak, że czasem, gdy jestem w gabinecie, mogę nie odebrać. Zawsze jednak oddzwonię, jeśli zostawią mi wiadomość. Tego się trzymam, bo niewywiązanie się z tej obietnicy mogłoby zaprzepaścić dotychczasową pracę, wzmóc w tych osobach poczucie osamotnienia i odrzucenia. Tak samo jest z telefonem, który działa od 2008 r. Powinny powstawać nowe numery, ale ograniczanie działalności starego jest ryzykowne.