Nie będzie polskiego leku na COVID-19?
Jeżeli pytają państwo o badanie preparatu z osocza, to zostało zakończone. Otrzymaliśmy raport pośredni po włączeniu do badania klinicznego stu pacjentów. Wynika z niego, że naukowcy nie zaobserwowali dodatniego efektu - środek ani nie zaszkodził, ale nie polepszył stanu chorych z COVID-19. Wydaje się zatem, że nie jest zasadne kontynuowanie tego projektu. Chociażby ze względu na szacunek dla środków publicznych.
W projekcie wzięło udział ok. setki pacjentów. Może gdyby próba była większa, to można by lepiej rozsądzić?
Reklama
Jestem sceptyczny, czy zmieniłoby to wyniki badania. Jednak to lider projektu wskazywał we wniosku liczbę pacjentów (miała wynosić 480) i ośrodków. Agencja nie miała wpływu na to, ile osób uda się włączyć do badania.
Ale miała wpływ na to, czy w ogóle przyznawać grant na nie. Czy nie były na wyrost? Już wcześniejsze badania w innych państwach nie przyniosły pozytywnych wyników. A w Polsce już na początku badań ogłoszono, że jest polski lek na COVID-19.

Reklama
Komunikaty, o których pani redaktor wspomniała, nie były wypracowane prze agencję. Należy wskazać, że w pierwszym etapie pandemii z osoczem wiązano wiele nadziei, co niestety przyczyniło się do rozpowszechniania nieprawdziwych stwierdzeń. Agencja Badań Medycznych wielokrotnie wskazywała na czasochłonny proces wprowadzania nowego produktu leczniczego na rynek. Prowadzone badania były jednym z wielu etapów. Co do zarzutu, że zbyt pochopnie rozpoczęliśmy badania, to proszę spojrzeć na to z innej strony. Jest hipoteza badawcza, a przesłanki były na tyle mocne, że zostały pozytywnie ocenione przez ekspertów. Wartością dodaną jest to, że ta hipoteza została zweryfikowana. Negatywny wynik też ma znaczenie: gdybyśmy od początku wiedzieli, że korzyści z dołączenia swoistej immunoglobuliny anty-SARS-CoV2 do standardowej terapii u pacjentów hospitalizowanych z powodu COVID-19 nie działa, tobyśmy jej nie badali. Niewątpliwie istotne jest także to, że jako niezależna publiczna instytucja sfinansowaliśmy badanie, którego wyniki przecięły spekulacje społeczne i jak już wspomniałem rozbudzone nadzieje. Oczywiście szkoda, że negatywnie.
Nie mieliście obaw już wcześniej? Prowadzone w Wielkiej Brytanii badanie nad osoczem zostało przerwane ze względu na brak skuteczności.
Śledziliśmy przebieg tego badania na bieżąco. Należy jednak pamiętać, że w Wielkiej Brytanii prowadzone było badanie po prostu osocza, my badaliśmy koncentrat - surowicę z osocza. Sprawdziliśmy profil bezpieczeństwa i był w porządku. Proszę zauważyć, że badanie ostatecznie zostało przerwane również w Polsce.
Trwa drugie, budzące jeszcze więcej wątpliwości. A pomimo to ABM dała jeszcze więcej pieniędzy. Chodzi o amantadynę.
Tutaj są prowadzone dwa badania - w dwóch ośrodkach, które mają trochę inny profil. Sprawdzana jest skuteczność w zależności od fazy choroby: jedno dotyczy podawania amantadyny na wczesnym etapie zakażenia, drugie przy bardziej zaawansowanym rozwoju choroby. Nie jestem zakaźnikiem, ale projekty były oceniane przez ekspertów, którzy uznali, że są warte podjęcia. Również w tym przypadku na pewno wynik będzie odpowiedzią na emocje społeczne.
Emocje społeczne mogą być przesłanką badania?
W takim krytycznym momencie jak pandemia ma to znaczenie. Jak je podejmowaliśmy, chcieliśmy zweryfikować, czy postawiona hipoteza badawcza jest zasadna. Mieliśmy podobną sytuację z hydroksychlorochiną, czyli lekiem przeciwmalarycznym, który rozbudził nadzieje na początku pandemii. I został sprawdzony. Niestety negatywnie, ale to była jedna z przesłanek: że trzeba w szybkim tempie, ze względu na pandemię, zweryfikować skuteczność. W przypadku amantadyny były dziesiątki telefonów, ludzie zaczęli to stosować na własną rękę. Musimy odpowiedzieć obiektywnie, czy stosowanie amantadyny może mieć pozytywny wpływ na przebieg COVID-19.
Nie jest zastanawiające, że nigdzie indziej nie toczą się żadne duże badania nad amantadyną?
Pewnie gdyby potencjał był duży, toczyłyby się w wielu krajach. Poczekajmy jednak na wyniki.
W przypadku obu badań pojawiły się zarzuty, że to wrzutka polityczna. A nawet gra giełdowa, jeśli idzie o Biomed Lublin - to on miał być producentem leku z osocza.
Nie zajmujemy się ani polityką, ani giełdą. Jeżeli są dobre projekty, to bez względu na to, kto jest wnioskodawcą, trzeba je prowadzić. Jest pandemia, są emocje społeczne i oczekiwanie, również resortu zdrowia, na weryfikację ich skuteczności. Gdybym miał jeszcze raz podejmować tę decyzję, w obu przypadkach podjąłbym taką samą.
Mówi pan, że możliwości są. To dlaczego podczas pandemii nie realizowaliśmy bardziej ambitnych i szeroko zakrojonych badań? Gdyby agencja sfinansowała coś na kształt brytyjskich prac nad leczeniem COVID-19, w których wzięło udział kilkanaście tysięcy pacjentów, to od razu uplasowało ABM - i Polskę - w pierwszej lidze.
Nie jestem przekonany, że realizując badania podobne do brytyjskich, powzięlibyśmy nową wiedzę. Wyniki badań są znane i możemy z nich korzystać. Agencja finansuje projekt dla Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych, w ramach którego powstaje rejestr oceniający skuteczność i bezpieczeństwo różnych opcji terapeutycznych na COVID-19 stosowanych w Polsce. To pomaga w opracowywaniu rekomendacji towarzystwa.
My pytamy o prestiż. Podczas pandemii polska nauka praktycznie nie istniała.
Prawda jest taka, że niestety nasz potencjał naukowy jest mniejszy niż chociażby zachodnich sąsiadów. Proszę zwrócić uwagę, jaki odsetek środków z prestiżowych, europejskich grantów trafia do Polski - 1,2 proc., chociaż nasz wkład do bud żetu badawczego wynosi 3,6 proc.
Nie chcą nam tych grantów przyznawać?
Jedną z przyczyn jest to, że składamy mało wniosków. Wysyłamy ich mało, bo przez wiele lat nauka nie była finansowana na takim poziomie jak w innych krajach. Im mniej grantów, tym mniej pieniędzy. I koło się zamyka. I dlatego słyszymy o naukowcach z innych krajów, a nie o polskich.
Co właściwie powinniśmy zrobić?
Musimy się nauczyć robić dobrą naukę. Nie przez przypadek najlepsi często wyjeżdżają za granicę, a tych, co pozostali w Polsce, rzadko spotka się na łamach takich czasopism jak „Nature” czy „Science”. To element szerszej dyskusji na temat stanu polskiej nauki, sposobu efektywnego finansowania i działania instytucji naukowych w Polsce. Trudny temat.
Czyli chce pan powiedzieć, że gdyby prof. Krzysztof Tomasiewicz, który prowadził badanie nad koncentratem z osocza, zgłosił się do agencji i powiedział: „Chcę zrobić badanie, w którym weźmie udział 40 szpitali i 3 tys. pacjentów. Potrzebuję 40 mln zł” - to dostałby te pieniądze?
Jeżeli taki wniosek zostałby pozytywnie oceniony przez ekspertów, to takie środki zostałyby przekazane.
Czyli nie ma problemu ze środkami na ambitne projekty. To gdzie jest problem?
Na początku tego tygodnia ogłosiliśmy wyniki konkursu, w ramach którego mieliśmy 350 mln zł na wdrożenie technologii RNA w Polsce. Do agencji wpłynęło tylko osiem wniosków, z czego po przejściu oceny formalnej i merytorycznej rekomendację do dofinansowania otrzymało pięć zespołów badawczych.
Osiem wniosków w 40-milionowym kraju?
Po prostu niewielu naukowców się tym zajmuje. W efekcie mieliśmy 350 mln zł na nowoczesną technologię, a rozdaliśmy tylko 291 mln zł. Wybraliśmy najlepsze projekty. (...) To technologia przyszłości - kiedyś będą w niej powstawać spersonalizowane leki onkologiczne. Mamy szansę wsiąść do ekspresu, który właśnie ruszył. Rozpoczynamy innowacyjne prace, które mają zakończyć się wdrożeniami.
Może agencja powinna bardziej precyzyjnie sterować strumieniem finansowania? Np. powiedzieć: potrzebujemy konkretnego produktu, np. szczepionki RNA na boreliozę.
W pewnym sensie już to robimy. Takim projektem są przecież badania nad osoczem czy amantadyną. Zgłosił się do nas minister zdrowia, zlecając Agencji Badań Medycznych zweryfikowanie, czy preparaty budzące duże zainteresowanie społeczne działają. Okazało się, że to ślepa uliczka, ale tak właśnie działa nauka.