Krzysztof Łanda, założyciel Fundacji Watch Health Care / Materiały prasowe
Pańska fundacja opublikowała niedawno raport na temat długości kolejek w ochronie zdrowia. Okazuje się, że obecnie na wizytę u lekarza czy badania czeka się ok. 3,4 miesiąca i jest to niewielka poprawa względem 2019 r. (kiedy było to 3,6). Czy spodziewał się pan takiego wyniku?
Nie. Osobiście przewidywałem, że wraz z osłabieniem pandemii kolejki wydłużą się ze względu na nagromadzenie dużej liczby nieleczonych pacjentów. Tymczasem okazało się, że podaż i popyt na świadczenia zdrowotne w jakiś sposób się bilansują. Natomiast trzeba zwrócić uwagę, że taka średnia długość oczekiwania wskazuje, że kondycja systemu nie jest dobra - jest po prostu stabilnie źle. Moim zdaniem część osób nie chce korzystać z opieki zdrowotnej lub przestała liczyć na to, że ktoś może im zaoferować realną pomoc w systemie publicznym.
Co powoduje taki stan rzeczy?
Czynników, które wpływają na słabość systemu, jest bardzo wiele. Brak kadry i zbyt pojemny koszyk świadczeń gwarantowanych w stosunku do środków, jakie są dostępne na jego realizację, a także starzenie się społeczeństwa i zwiększenie liczby chorych, którzy potrzebują porad - to najważniejsze problemy. Proszę również zwrócić uwagę, że obecnie mamy do czynienia z sytuacją, w której podmioty mają kolejkę do zabiegów, a jednocześnie nie są w stanie wykonać swoich kontraktów z NFZ. Tam coś się dzieje niedobrego i trzeba to zbadać. Wnioski płynące z raportu powinny podlegać bardzo szczegółowej analizie. Jednak to już nie jest nasza rola - my tylko monitorujemy sytuację.
Czy jest możliwe, że przed załamaniem systemu uratowała nas teleporada bądź szerzej - telemedycyna?
Zarówno telemedycyna, jak i e-recepta znacząco wpłynęły na odciążenie systemu opieki zdrowotnej i łatwiejszy dostęp do lekarzy. Gdybyśmy w dobie pandemii wciąż musieli chodzić do lekarza po proste porady czy receptę na kontynuację leczenia, to mogłoby dojść do prawdziwej katastrofy. Stąd uważam, że narzędzia telemedycyny zdecydowanie wpłynęły na skrócenie kolejek.
A czy nie jest tak, że pacjenci, których było na to stać, po prostu przeszli do sektora prywatnego?
Oczywiście. To jeden z czynników zmniejszających kolejki w systemie publicznym. Ten scenariusz znany jest nam choćby ze stomatologii - większość ludzi, których na to stać, nie czeka, tylko przechodzi do prywatnej ochrony zdrowia i finansowania z własnej kieszeni. Płacą więc podwójnie: raz składkę zdrowotną, a potem drugi raz z własnej kieszeni za świadczenia, które są gwarantowane przez państwo tylko teoretycznie. To, nad czym trzeba ubolewać przy tej okazji, to fakt, że rząd nie wzmacnia rozwoju ubezpieczeń prywatnych - suplementarnych i komplementarnych. To mogłaby być gigantyczna zmiana, jeśli chodzi o dostęp do świadczeń zdrowotnych. Wtedy można byłoby również uruchomić mechanizmy solidaryzmu społecznego. Już dziś Polacy prywatnie wydają ponad 44 mld zł rocznie - z całą pewnością mogliby w zamian otrzymać znacznie więcej, gdyby te pieniądze zaczęły pracować w systemie ubezpieczeń dodatkowych.
Czyli zamiast antagonistycznych systemów, uzupełnianie luk w publicznej ochronie zdrowia świadczeniami prywatnymi?
Ubezpieczenia suplementarne, które dzisiaj mamy, „żerują” na deficytach w systemie publicznym. Co oczywiste, im więcej kolejek do świadczeń „gwarantowanych” i im są one dłuższe, tym popyt na nie większy. Oczywiście, takie ubezpieczenie też odciąża system publiczny, bo jeśli ktoś skorzysta z określonego świadczenia prywatnie, poza NFZ, to nie pójdzie do tego pierwszego. Tak więc koniec końców kolejka się skraca. Natomiast nie mamy właściwie w ogóle rynku ubezpieczeń komplementarnych. A to one zapewniają dostęp do innowacyjnych leków i metod leczenia, które w ogóle nie są finansowane w ramach NFZ. Taki system również odciążyłby system publiczny, bowiem jeśli ktoś będzie miał takie ubezpieczenie, to nie będzie korzystać z tego, co jest w koszyku. Dalej zapłaci składkę na NFZ, ale w ramach ubezpieczenia komplementarnego dostanie dostęp do najbardziej nowoczesnych technologii, jakie zna medycyna.
Co jeszcze można byłoby zrobić, żeby usprawnić system?
Moim zdaniem w ramach koszyka świadczeń należy utworzyć świadczenia „supergwarantowane”. Czyli takie, które z jednej strony są najważniejsze z perspektywy pacjenta i zdrowotności społeczeństwa, z drugiej - najbardziej opłacalne z opcjonalnych (czyli w których przypadku stosunek kosztów do uzyskanego efektu jest najlepszy). Następnie należałoby wycenić je dużo powyżej kosztów wykonania, by świadczeniodawcy i lekarze chcieli je wykonywać w pierwszej kolejności. Dzięki temu zabiegowi udałoby się zmniejszyć kolejki do najbardziej potrzebnych Polakom usług zdrowotnych.©℗
Rozmawiała Dorota Beker