Możliwość kształcenia lekarzy przez uczelnie zawodowe wprowadzana jest równolegle z kredytami na płatne studia medyczne. Łatwiej będzie otwierać kierunki medyczne i je finansować. Pieniądze z BGK trafią prosto na konto uczelni, a wykształcony w ten sposób lekarz przynajmniej przez 10 lat zostanie w kraju i popracuje w publicznym systemie. Czy to pana nie niepokoi?
Najbardziej niepokojący jest fakt, że przepisy te są wprowadzane tylnymi drzwiami, bez konsultacji. Trzeba sobie jasno powiedzieć: ustawa, którą opiniowaliśmy, dotyczyła wyłącznie stypendiów, czyli kredytów do odpracowania. Mieliśmy niewielkie zastrzeżenia, podobnie jak organizacje studentów i władze uczelni, ale po wyjaśnieniu sobie tych kwestii wszyscy pozytywnie ocenili kierunek zmian.
Choć tu też pojawiały się obawy, np. że będzie przybywać miejsc płatnych kosztem bezpłatnych.
Reklama
Owszem, wnosiliśmy taką uwagę, ale po wyjaśnieniu ze strony resortu zdrowia, że na studenta kierunku niekomercyjnego uczelnia dostaje tyle samo pieniędzy, ile trzeba wydać z własnej kieszeni na studia płatne, nasze obawy zostały rozwiane.
Pojawiła się jednak niespodziewanie kwestia szkół zawodowych…

Reklama
Co w naszej ocenie sprawiło, że to już jest zupełnie inna ustawa (notabene zmienił się nawet jej tytuł), a mimo to strona rządowa uważa, że konsultacje obecnego projektu się odbyły.
Czy technicznie to jest pana zdaniem możliwe do zorganizowania? Chodzi m.in. o zaplecze kliniczne, kadrowe.
Nie wyobrażam sobie, jak to mogłoby wyglądać. Przecież te uczelnie w większości zlokalizowane są w miejscowościach bez jakiegokolwiek zaplecza akademickiego, klinicznego. Pozbawione są bazy szpitalnej, która jest przecież podstawą zdobywania wiedzy i umiejętności. W takich miejscowościach są też duże braki kadrowe, kto więc weźmie na siebie rolę nauczycieli, mentorów, kiedy lekarzom brakuje czasu dla pacjentów? Może pomysłodawcy wierzą, że można się medycyny nauczyć zdalnie, na symulatorach? W sytuacji gdy słyszymy, że weterynarze mogą leczyć ludzi, a strażacy zastąpić ratowników medycznych, żadne pomysły rządu mnie już nie zdziwią. A równocześnie prezentuje się projekt ustawy o jakości. Widać, że nie ma spójnej wizji naprawy systemu ochrony zdrowia.
Wróćmy jeszcze do uczelni zawodowych. Może - gdyby nie brak zaplecza i kadry - nie byłby to taki zły pomysł? W końcu od lat państwo alarmują, że trzeba zwiększać limity miejsc na kierunkach lekarskich. Czy resort nie odpowiada właśnie na ten postulat?
To nie jest takie proste. Chodzi o zaniedbania z ostatnich 30 lat, które teraz próbuje się nadrabiać, ale sposobami, które nie przejdą w jakość, ale bylejakość. Warto też pamiętać, że już obecny limit nie jest wykorzystywany. Na niepublicznych uczelniach są wolne miejsca na kierunkach lekarskich - wystarczy się zapisać. Kiedyś, żeby zostać studentem medycyny, trzeba było zdać egzamin wstępny celująco. Potem, gdy zmieniono sposób rekrutacji, trzeba było zdać maturę niemal na 100 proc., a teraz już wystarczy ją zdać - a więc mieć 30 proc. punktów. Czyli potencjał naukowy przyszłego polskiego lekarza jest obniżony do minimum. Warto też zauważyć, że liczba miejsc w języku angielskim to ponad 20 proc. wszystkich miejsc na studiach medycznych, co sprawia, że kształcimy profesjonalną kadrę, ale dla zagranicznych rynków.
Czy to oznacza, że brakuje chętnych do wykonywania zawodu lekarza?
Młodzi ludzie nie wybierają m.in. specjalności zabiegowych, bo nie trafiają później do ośrodków, w których czeka na nich perspektywa osiągnięcia pełni zawodowej samodzielności, a więc pełni zawodowej satysfakcji. Obserwujemy pewien trend poszukiwania takich kierunków specjalizacji, po których uzyskuje się samodzielność, najlepiej w jakiejś wąskiej kompetencji lub jakiejś izolowanej stosunkowo prostej procedurze, którą później będzie łatwo sprzedać na „rynku zdrowia”.
Poza tym nie pomagają decyzje rządzących. To nie poprzez wykrawanie z zakresu naszych zadań i kompetencji kolejnych obszarów i przekazywanie ich osobom wykonującym inne zawody (czego przykładem jest wprowadzenie asystenta chirurga), ale poprzez stworzenie lepszych warunków do odbywania specjalizacji oraz systemu zachęt możemy zainteresować kolejne pokolenia medycyną. Uważam, że dużo większą korzyścią dla nas byłoby odciążenie od obowiązków administracyjnych, w czym pomóc mogłyby sekretarki medyczne.
A potencjał uczelni zawodowych można wykorzystać w inny sposób. One przecież obecnie kształcą pielęgniarki, fizjoterapeutów, ratowników czy opiekunów medycznych. Warto postawić na kształcenie w tych zawodach i dać ludziom je wykonującym godziwe wynagrodzenia, dzięki czemu mogliby wykonywać prace odciążające lekarzy. To poprawiłoby warunki pracy i zniechęciło do wyjazdów z kraju. A u nas ciągle pojawiają się pomysły odwrotne od oczekiwanych i postulowanych. Zamiast odciążyć lekarzy od pracy administracyjnej, wprowadza się asystenta chirurga i automatycznie spycha się czynności administracyjne na rezydentów z zakresu chirurgii. Dopuszczamy do pracy lekarzy spoza UE, bez właściwego weryfikowania ich kwalifikacji, a teraz chcemy otwierać kierunki medyczne w szkołach zawodowych. To są „lekarstwa” dla polskiego sytemu, które mogą się okazać gorsze od samej choroby.
Pomysł ułatwień dla lekarzy spoza UE również był przez samorząd krytykowany. Ktoś mógłby złośliwie powiedzieć, że samorządowi wcale nie zależy na uzupełnieniu luki kadrowej…
Albo - że zależy mu na jakości kształcenia i wykonywania świadczeń. Nie mamy nic przeciwko temu, żeby pracowali u nas lekarze ze Wschodu, ale chcemy mieć gwarancję, że są dobrze wykształceni, że mają wystarczające kwalifikacje, aby bezpiecznie oddać pod ich opiekę polskich pacjentów. W ramach tzw. krótkiej ścieżki było 24 Polaków z dyplomem lekarza uzyskanym na Ukrainie, którzy nie są w stanie przebrnąć przez nostryfikację dyplomu w kraju - to świadczy o tym, jak daleki jest program nauczania na ukraińskich uczelniach od systemu bolońskiego. Ale minister może takim osobom dać pozwolenie na pracę, pomijając decyzje samorządu lekarskiego. Mam nadzieję, że wiąże się to też z odpowiedzialnością za to, co może się stać w trakcie udzielania świadczeń przez taką osobę, która de facto nie ma prawa wykonywania zawodu w naszym kraju.
Na tym tle wywiązał się spór pomiędzy izbą a Ministerstwem Zdrowia. Przypomni pan, na jakim jest on etapie?
Pan minister zaskarżył do SN naszą techniczną uchwałę, która określa zasady postępowania administracyjnego, żeby była jednolitość procedur w całym kraju (chodzi o wydawanie PWZ osobom, które uzyskały od ministra pozwolenie na pracę w tym szczególnym trybie). Ma takie prawo ale powinien w związku z tym, w okresie, kiedy nie ma rozstrzygnięcia, wstrzymać się z wydawaniem decyzji. Myśmy tak zrobili, wstrzymaliśmy się z rozpatrywaniem spraw i czekamy na wyrok SN.
W ogóle nie wydają państwo decyzji w sprawie lekarzy spoza UE?
Jeśli ktoś spełnia kryteria, to wydajemy, ale jeśli mamy wątpliwości, to się wstrzymujemy.
Ile już wydano decyzji?
Dotychczas wpłynęły 432 wnioski, z tego, jak wspominałem, 24 od obywateli Polski. Pozytywnie rozpatrzono 274, pozostałe są w trakcie procedowania, zaś liczba odmów wynosi 29 - z różnych powodów, np. nieznajomości języka, braku specjalizacji czy zbyt długiej przerwy w wykonywaniu zawodu. Generalnie chcemy tym ludziom pomagać w podejmowaniu pracy w Polsce. Jesteśmy otwarci na współpracę, proponowaliśmy nawet organizowanie kursów języka polskiego. Apelujemy, żeby resort wyasygnował środki na ten cel, a nie wprowadzał ich na rynek polski bez brania odpowiedzialności za ewentualne błędy, stwarzając tym samym zagrożenie dla zdrowia i życia pacjentów.