- Od 1 lipca znosimy wszelkie limity przyjęć do specjalistów i to będzie standard, który wdrażamy. Będziemy starali się rozładowywać kolejki, skracać te kolejki przede wszystkim - to mogę na początek przynajmniej obiecać - mówił premier Mateusz Morawiecki.

Zmiany polegają na wyłączeniu z finansowania w formie ryczałtu sytemu zabezpieczenia wszystkich świadczeń ambulatoryjnej opieki specjalistycznej i wybranych świadczeń udzielonych w ramach sieci kardiologicznej:

  • ablacji w zaburzeniach rytmu,
  • przezcewnikowego wszczepienia protezy zastawki aortalnej,
  • przezcewnikowej plastyki zastawki mitralnej metodą „brzeg do brzegu”,
  • wszczepienia układu resynchronizującego, defibrylatorów, kardiowerterów.
Reklama

Skąd się biorą kolejki?

Kolejki do lekarzy specjalistów (ale nie tylko - do Podstawowej Opieki Zdrowotnej również trzeba swoje odstać) wydłużają się z roku na rok. Ile średnio trzeba czekać na wizytę wiedzieliśmy dzięki Fundacji Watch Health Care, która kilka razy do roku publikowała raporty na temat czasu oczekiwania na realizację świadczeń gwarantowanych. Ostatnie dane pochodzą z przełomu roku 2018/2019. Wówczas na realizację gwarantowanego świadczenia zdrowotnego czekaliśmy średnio 3,8 miesiąca. W przypadku różnych specjalizacji czas oczekiwania różnił się. Najdłużej, blisko rok, czeka się na świadczenia z zakresu endokrynologii. Kolejne są: traumatologia narządu ruchu (10,9 miesiąca), stomatologia (8,2 miesiąca) i kardiologia dziecięca (7,3 miesiąca). Najkrócej pacjenci oczekują na radioterapię onkologiczną (0,4 miesiąca), świadczenia dotyczące chorób płuc (0,5 miesiąca) i z zakresu neonatologii (0,8 miesiąca). Tyle średnie.

Za pośrednictwem strony internetowej Narodowego Funduszu Zdrowia możemy sprawdzić jak wygląda kolejka w naszym województwie, a nawet miejscowości. I tak dowiadujemy się, że do endokrynologa w Strzelcach Opolskich nie dostaniemy się w ciągu najbliższych 84 miesięcy, ale na przykład w Staszowie lub Kłodzku wizytę możemy mieć już.

Dlaczego musimy czekać tyle na świadczenie gwarantowane? Jak tłumaczy dr Stanisław Maksymowicz kolejki są wypadkową trzech problemów: braku pieniędzy, braku lekarzy i złego zarządzania kadrą medyczną, która już jest w systemie. – W tej chwili specjalista najpierw pracuje w szpitalu, potem pracuje prywatnie – nie ma w tym schemacie miejsca na rozładowywanie kolejek w ramach systemu publicznego – mówi Maksymowicz. Poza tym błędnym kołem Krzysztof Łanda z Fundacji Watch Health Care – Winne są przede wszystkim słabo opisane prawa pacjenta do leczenia, czyli zbyt duży koszyk świadczeń gwarantowanych w stosunku do wielkości środków na jego realizację. Przez to świadczenia z koszyka są „gwarantowane” tylko na papierze.

- System ochrony zdrowia można porównać do konsoli z reżyserki telewizyjnej. Przesuwając jeden suwak w prawo, drugi trzeba przesunąć w lewo. W tej chwili, znosząc limity na wizyty u specjalistów, rząd przesunął tylko jeden suwak maksymalnie w prawo, a więc na jakiś czas układ straci równowagę – wyjaśnia Łanda. - Jest to najbardziej „partyzancki”, nieprofesjonalny sposób zarządzania ochroną zdrowia. Nikt nie zadał sobie trudu, żeby przeprowadzić symulację jak zmiana wpłynie na dostępność świadczeń w poszczególnych zakresach i specjalnościach medycznych. Nie zostało to w żaden sposób policzone, nie wykonano studium wykonalności – dodaje.

Kto ma leczyć?

Lekarze nie wiedzą także, kto miałby te uwolnione świadczenia realizować. O tym, że lekarzy w Polsce brakuje wiadomo nie od dziś. Jednak zdaniem ekspertów nie jest to główna przeszkoda przy likwidowaniu kolejek. – Liczb lekarzy w Polsce nie jest tragiczna. Temat podejmuje nie tylko OECD i z innych szacunków wynika, że nie odbiega ona od średniej europejskiej. Problemem jest na pewno niewłaściwa ścieżka rozwijania specjalizacji. Mamy w Polsce np. bardzo dużo ginekologów czy kardiologów, a brakuje nam geriatrów czy psychiatrów dziecięcych – mówi Maksymowicz.

Jak tłumaczy Łanda, są miejsca w Polsce, w których decyzja o zniesieniu limitów faktycznie poprawi dostępność do świadczeń. – Są takie miejscowości, w których w danej specjalizacji NFZ nałożył absurdalnie niskie limity przyjęć, co jest wyrazem ręcznego sterowania. Tam, gdzie lekarz przez 3 godziny przyjmował pacjentów, a przez pozostały czas układał pasjansa – kolejki się skrócą – wyjaśnia. – Tam, gdzie lekarz pracuje na 100 czy na 120 proc., uwolnienie limitów nic nie da. A wręcz może pogorszyć sytuację – wyjaśnia. Dlaczego? W Polsce wciąż obowiązuje system rozliczeń „fee for service”. Podmioty lecznicze otrzymują pieniądze za wizytę, a nie np. za wyleczonego pacjenta. – Oznacza to, że np. osoby hipochondryczne albo roszczeniowe mogą zablokować dostęp do leczenia pacjentom naprawdę potrzebującym – tłumaczy Łanda.

Czy przy takiej ilości środków przeznaczanych na ochronę zdrowia i takiej liczbie lekarzy da się w ogóle skrócić kolejki? Zdaniem Łandy tak. – Należy z lekarzy rodzinnych uczynić prawdziwych „gate keeperów” całego systemu, lepiej zdefiniować koszyk świadczeń gwarantowanych oraz zróżnicować normy i taryfy w zależności od rodzaju usługi i poziomu referencyjnego, na którym jest wykonywana – wymienia.

- Bez lekarzy – być może tak, bez pieniędzy – zdecydowanie nie – mówi z kolei Maksymowicz. I wyjaśnia: Można na przykład rozwijać zawody asystentów lekarzy czy sekretarzy lub sekretarek medycznych, którzy odciążyliby specjalistę i pozwoliliby na przyjmowanie większej liczby pacjentów, ale bez większych pieniędzy w systemie to nie będzie możliwe.