Reklama

Wskazywać mogą na to również sprzeczne komunikaty płynące z rządu. Najczęściej powtarzany komunikat na rządowym profilu twitterowym "Szczepimy Się" brzmiał: "Zapisy osób 60+ zwolniły. Dlatego, zgodnie z zapowiedziami, zdecydowaliśmy się na wystawienie skierowań dla osób młodszych, które wypełniły formularz zgłoszeniowy pod adresem pacjent.gov.pl. Dziś zaczęliśmy również proces telefonowania do tych osób, z propozycją terminu". Już na porannej konferencji szefa KPRM zwołanej ad hoc, komunikat brzmiał trochę inaczej. - Błędem było to, że 40-latkowie otrzymali kwietniowe terminy - stwierdził minister i zapewnił, że każda z osób z terminem kwietniowym otrzyma propozycję terminu w drugiej połowie maja.

Obiektywnie trzeba przyznać, że poszerzenie zapisów to dobra informacja. Jeśli są wolne sloty w centralnym kalendarzu szczepień, a dostawy preparatów na to pozwalają, należy zapisywać wszystkich chętnych i wcisnąć pedał gazu. Niemniej sposób, w jaki rząd komunikacyjnie podszedł do sprawy, jest niedopuszczalny. To budzi wątpliwości i sprzyja spiskowym teoriom. Rząd, choć początkowo uparcie się bronił, teraz twierdzi, że mamy do czynienia z usterką i na szybko próbuje odkręcić sytuację.

Przypomnijmy: plan zakładał, że od 12 kwietnia ruszą zapisy dla kolejnych roczników, począwszy od tych urodzonych w 1962 r. I tak, dzień po dniu, doszlibyśmy 24 kwietnia do rocznika 1973. Potem, najprawdopodobniej w maju, rejestracja zostałaby otwarta dla wszystkich chętnych. W zamierzeniu chodziło o uproszczenie systemu, nie tworzenie kolejnych grup priorytetowych (co wywoływało dyskusje, dlaczego oni, a nie tamci) i przyspieszenie procesu szczepień - zwłaszcza, że im młodsze osoby, tym chęć do szczepienia jest mniejsza. Plan wydawał się naprawdę sensowny i transparentny.

Tymczasem dziś w nocy w przestrzeni twitterowej pojawiło się zamieszanie. Oto 40-letnie nocne marki zaczęły donosić o tym, że nagle na ich internetowych kontach pacjenta pojawiło się e-skierowanie i wynikająca z tego możliwość zapisu na szczepienie. I to w całkiem nieodległych terminach, bo np. jeszcze w kwietniu. niektórzy następnego dnia. Z racji prima aprilis trudno było dać wiarę tym doniesieniom, a jednak okazało się to absolutną prawdą. Co więcej, szybko pojawiły się przykłady sytuacji, w których - wskutek nagłej zmiany w zapisach - prędzej zaszczepiony zostanie zdrowy 40-latek niż dużo bardziej zagrożony koronawirusem senior, zapisany wcześniej zgodnie z przyjętym harmonogramem.

Sytuacja budzi kilka zasadniczych pytań. Dlaczego rząd, widząc, że proces zapisów zwalnia i w związku z tym trzeba zareagować, nie zwołał tradycyjnej konferencji prasowej i wprost nie zapowiedział, że przykładowo jutro od północy będą wystawione skierowania dla kolejnych, młodszych grup? Tak, by wszyscy zainteresowani mieli równe szanse w wyborze miejsc i terminów, a przede wszystkim - by w ogóle zorientowali się, że taka akcja ma miejsce?

Jaką mamy pewność, że w całej operacji nie chodziło o to, by po cichu otworzyć terminy dla wtajemniczonych osób, np. związanych z obozem władzy i jednocześnie sprawić, by zniknęły w tłumie pozostałych, nieuświadomionych chętnych? Albo czy nie chodziło o nagłą PR-ową akcję, by wyjść do ludzi z pozytywnym przekazem - że co prawda mamy apogeum trzeciej fali zachorowań, a święta wielkanocne możemy znów spisać na straty, ale i tak głównym tematem na długi weekend będzie przyspieszenie procesu szczepień? Rząd jeszcze rano przekonywał, że cała akcja nie powinna być zaskoczeniem, bo podobno były takie zapowiedzi (choć szczerze mówiąc my - dziennikarze na bieżąco piszący o szczepieniach - jakoś ich nie kojarzymy). Ponadto skierowanie otrzymało tylko ok. 650 tys. osób w wieku 40-60, które w styczniu wyraziły chęć zaszczepienia (wypełniły formularz) i zapisywane są one na terminy, których nie zajęli pacjenci w wieku 60+. W dodatku nawet ta narracja nie jest spójna. Bo wiele osób, które zgłaszały chęć w styczniu i mają 40 plus nie miały aktywnych skierowań.

Jak rząd ostatecznie wybrnie z sytuacji - dowiemy się o 13:30 na specjalnie zwołanej konferencji prasowej ministra Dworczyka. Problem w tym, że nie ma już idealnego wyjścia. Osoby, które dziś niespodziewanie dostały terminy, mają być przepisywane na maj (i to telefonicznie,sic!). Ale to oznacza, że i tak zaszczepią się wcześniej niż można było zakładać, bo przecież harmonogram zakładał inną kolejność. Szkoda też, że osobom starszym nie zaoferowano wolnych terminów, które dziś próbowano zaproponować 40-60-latkom. Tyle że to by była logistycznie bardzo skomplikowana operacja, bo z każdym już zapisanym seniorem trzeba byłoby na nowo ustalać nowy, wcześniejszy termin, a nie każdemu mogłoby to odpowiadać. Choć jeżeli można telefonicznie odwoływać, to i telefoniczne można było przyspieszyć. To powoduje, że, niestety, żadne tłumaczenie nie będzie już brzmiało do końca wiarygodnie.