Reklama

Samorządy od lat narzekają, że szpitale to finansowa kula u nogi. Teraz, gdy rząd chce je przejąć, podnosi się krzyk. Dlaczego?

Bo odpowiedzialni samorządowcy o te szpitale dbają od samego początku, gdy im je przekazano do zarządzania. Decyzja o powrocie do dawnego systemu – zarządzania przez państwo - jest z punktu widzenia władzy lokalnej trudna do zaakceptowania. Tym bardziej, że część placówek zostanie zlikwidowana w ramach tzw. racjonalizacji sieci. Tylko że ostatnie doświadczenia COVID-owe pokazały, że wszystkie kategorie szpitali są potrzebne, bo one są blisko ludzi.

Pytanie, czy samorządy bardziej niż o dobro pacjenta nie walczą o obronę wpływów? A może idzie o to, by za chwilę ktoś nie wpadł na pomysł likwidacji powiatów?

Władze powiatowe bardziej boją się tego, że wraz z odebraniem im szpitali rząd sukcesywnie będzie likwidować małe placówki, żeby koncentrować usługi w większych. PiS tego nie ukrywa, argumentując, że szpitale nadmiernie konkurują między sobą.

Poza tym już dziś rząd stara się ingerować w funkcjonowanie placówek samorządowych. Zgodnie z obowiązującymi przepisami, każda inwestycja szpitalna powyżej 2 mln zł musi uzyskać akceptację wojewody; powyżej 50 mln zł - ministra zdrowia. Teraz zamiast zwiększyć finansowanie szpitali, rząd zracjonalizuje ich sieć. Do tego próbuje rozwiązać problem niewydolności finansowej systemu poprzez zmiany właścicielskie. Tylko co to da, skoro zadłużenie w szpitalnictwie jest obiektywnie spowodowane niedofinansowaniem świadczeń? Przez ostatnie 22 lata istnienia powszechnego systemu ubezpieczeń zdrowotnych przez cały czas mieliśmy deficyt, bo składka zdrowotna była i jest za mała. Już było kilka faz oddłużania szpitali, składkę zwiększono z 7 do 9 proc. i dziś pochodzi z niej ok. 100 mld zł, ale i tak ciągle mamy deficyt. Przekształcenie części szpitali w spółki prawa handlowego też nic nie zmieniło. Bo jaka by nie była forma prawna i kto by nie był jego właścicielem - bez adekwatnej ilości pieniędzy pojawia się deficyt. Samorządy starają się go uzupełniać, niektóre się zadłużają, żeby temu podołać.

Dziś głównym problemem jest wielowładztwo szpitali i wyniszczająca konkurencja. COVID obnażył te słabości. Był nawet kłopot z ustaleniem rzeczywistej liczby łóżek COVID-owych. Rząd sugeruje, że część dyrektorów szpitali albo podawała fikcyjne łóżka, by dostać większe środki z NFZ, albo ich nie wykazywała w systemie.

Niech pan nie wierzy w te fake newsy. Po listopadowym szczycie zachorowań spadła liczba i obłożenie łóżek COVID-owych, natomiast ci, którzy mają oddziały lub całe szpitale przekształcone w COVID-owe, wciąż zarabiają ponad normę - zarówno w zakresie ryczałtu NFZ dla szpitala, jak i kadry, które otrzymują o 100 proc. większe wynagrodzenie. To jest patologia i wynik działania rządu, który w zeszłym roku w panice przekształcał wszystkie łóżka w COVID-owe, których fizycznie nie było. Nie przyjmuję więc tezy, że gdyby wszystkie szpitale znajdowały się w jednych rękach, to wszystko świetnie by funkcjonowało. Gdyby nie 350 mln zł, które od kwietnia ubiegłego roku samorząd woj. mazowieckiego wpompował w 70 szpitali i 5 stacji pogotowia ratunkowego, to cały system na Mazowszu by się zawalił. Były przypadki, że z Agencji Rezerw Materiałowych ludzie ze szpitali przywozili np. dwie paczki rękawiczek w bagażnikach. Więc lepiej niech rząd nie opowiada bzdur.

Rząd przedstawił trzy opcje reformy. Jedna zakłada 100 proc. centralizację pod egidą MZ, druga podział między MZ a marszałków, a trzecia przejmowanie w powiązaniu z restrukturyzacją długu. O której z nich samorządy są skłonne dyskutować?

O żadnej. Rozwiązaniem jest obiektywna wycena świadczeń i wprowadzenie do systemu dodatkowych środków poprzez zwiększenie składki zdrowotnej o 2 pkt. proc., co dałoby 16-18 mld zł z przeznaczeniem na leczenie szpitalne. Można też przesunąć część pieniędzy ze składki rentowej. Ponadto należałoby uczciwie wycenić świadczenia i wprowadzić ustawową siatkę płac – dziś są lekarze zarabiający po 30-40 tys. zł i tacy, którzy nie mają za co godnie żyć. Nie potrzeba żadnych zmian własnościowych, jeśli usługi będą właściwie wycenione, to długi szpitali nie będą rosły. Jako samorząd województwa co roku dopłacamy setki milionów złotych do naszych placówek. Gdybyśmy nie dopłacali do wielospecjalistycznych szpitali, do psychiatrii, nie dawali pożyczek na wieczne nieoddanie, to ten system dawno by się zawalił.

Niedawno TK orzekł, że niezgodne z konstytucją jest uzupełnianie przez samorządy własnymi środkami ujemnego wyniku finansowego szpitali. W wyroku wskazano, że państwo przerzuciło w tym zakresie odpowiedzialność na samorządy i to one w dużym stopniu utrzymują ochronę zdrowia w Polsce. Nie wiem, jak teraz rząd wyobraża sobie nacjonalizację szpitali. Co z poczynionymi przez nas nakładami majątkowymi? A jak znacjonalizować szpitalne spółki?

Czyli po dobroci szpitali nie oddacie.

Mamy wszystko policzone. A rząd myśli, że upaństwowienie zadziała jak magiczna różdżka. Poradziliśmy sobie w POZ, specjalistyce, sanatoryjnym leczeniu, a problem jest tylko ze szpitalami. To jakby prowadzić firmę z permanentnym długiem. I raz na jakiś czas przychodzi dobry wujek i pod hasłem “mam plan” mówi, że te długi zapłaci. Przypomina to południowoamerykańskie metody. Tam, jak jest kryzys, majątek się nacjonalizuje, a po pewnym czasie się prywatyzuje.

Rząd myśli jednak nad korektą składki zdrowotnej. W grę wchodzą różne pomysły. Pierwszy dotyczy najlepiej zarabiających, płacących zryczałtowaną składkę zdrowotną (w tym roku 381 zł miesięcznie). Zmiana polegałaby na częściowym uzależnieniu jej wysokości od realnie uzyskiwanych zarobków. W tym wariancie wzrost składki odczuliby np. samozatrudnieni i płacący podatek liniowy. W innej koncepcji chodzi o zmniejszenie liczby ubezpieczonych w KRUS i korzystających z preferencji w opłacaniu składki zdrowotnej. Trzeci pomysł zakłada wzrost składki w sposób możliwie neutralny dla pracowników. Dlatego jednocześnie podwyższono by część podlegającą odpisowi podatkowemu (obecnie jest to 7,75 proc.).

Jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest wariant trzeci – zwiększenie składki o 2 proc.

Równolegle do dyskusji o szpitalach trwają prace nad podziałem pieniędzy unijnych z nowego rozdania na lata 2021-2027. Już wiemy, że region stołeczny (Warszawa i 9 okalających powiatów) nie zostanie jednak wyrugowany z mazowieckiego Programu Regionalnego, z kolei mniej zamożna część Mazowsza zyska dostęp do środków z Programu Polska Wschodnia, a jeszcze rząd może dorzuci 100-150 mln euro na B+R. Adam Struzik i PiS wpadli sobie w objęcia?

Gdybyśmy w 2011 roku nie zaczęli długiej walki o tzw. podział statystyczny Mazowsza, to dziś dostalibyśmy 400-500 mln euro, bo całe województwo Unia traktowałaby jako region lepiej rozwinięty. Nie byłoby mowy o tych 1,5 mld euro dla części słabiej rozwiniętej. W 2015 roku do podziału statystycznego udało się przekonać premier Ewę Kopacz, choć nie bez trudu. Potem, na szczęście, rząd Beaty Szydło to potwierdził, podział statystyczny wszedł w życie w styczniu 2018 roku. Dzięki temu mogliśmy uratować pieniądze dla 2,3 mln obywateli w części Mazowsza poza regionem stołecznym. To, że teraz rząd obejmuje nas programem Polska Wschodnia, też jest efektem naszej walki przez ostatnie dwie perspektywy unijne.

Ale raczej nie ma pan dziś powodu, by dołączać do chóru innych marszałków, np. z Wielkopolski czy Dolnego Śląska, którzy są niezadowoleni z propozycji podziału środków.

Jeśli chodzi o Mazowsze regionalne, to tak. Choć ja i pozostali marszałkowie kwestionujemy to, że z tych 40 proc. pieniędzy z polityki spójności, którymi zarządzać będą samorządy województw, jedną czwartą - czyli 7,1 mld euro - rząd schował i będzie dzielił na późniejszym etapie. To jest nie do przyjęcia i jestem pewien, że Bruksela tego nie zaakceptuje.

Obawiacie się, że te 7 mld euro rząd rozdzieli w nietransparentny sposób?

Tak. Pani minister Jarosińska-Jedynak mówi, że pieniądze będą przyznawane na dobre projekty. Czytaj: komu zechcemy, temu damy. A wracając do Mazowsza – dla regionu stołecznego zaproponowano kwotę 157 mln euro. To zmniejszenie o 90 proc. w stosunku do tego, co mieliśmy w latach 2014-2020. Jeśli więc region stołeczny nie dostanie dodatkowych 500 mln euro na program regionalny i drugich 500 mln euro w programach krajowych na wsparcie B+R i innowacyjnych przedsiębiorców, to zwyczajnie nie wykorzystamy potencjału całego regionu. A to tu mieści się 30 proc. potencjału naukowo-badawczego Polski. Rozumiem sytuację regionów przejściowych, takich jak Dolny Śląsk i Wielkopolska. Dlatego my proponujemy ministerstwu, by z tej rezerwy 7,1 mld euro, którą rząd chce “zachomikować”, uzupełnić budżet dla regionu stołecznego i tych dwóch regionów przejściowych. Mowa o 2 mld euro. Pozostałe 5,1 mld euro należałoby podzielić pomiędzy pozostałe województwa według jawnego algorytmu.

Wierzy pan jeszcze w podział Mazowsza? Pandemia i sytuacja w Zjednoczonej Prawicy chyba to przekreśliły.

Od początku mówię, że to absurdalny pomysł.

Ale ja pytam, czy pan bierze te plany jeszcze pod uwagę.

A czy uwierzyłby pan kiedyś, że TK zostanie sprowadzony do poziomu atrapy?

Przed chwilą sam przypomniał pan korzystny dla samorządów wyrok TK z 2019 roku w sprawie szpitali. Wtedy to nie była atrapa?

Proszę się przyjrzeć składowi orzekającemu. To był ostatni skład z poprzedniego wyboru, tylko jeden sędzia-dubler, który zgłosił zdanie odrębne. Widocznie Julia Przyłębska za mało zainteresowała się wagą wyroku i zapomniała dobrać odpowiedni skład orzekający. A wracając do podziału Mazowsza - zdrowy rozsądek podpowiada mi, że PiS nie jest w stanie tego przeprowadzić, ale muszę zachować czujność, by nie zabili czegoś, co się dobrze rozwija.

Co pan, jako wiceprezes PSL, sądzi o propozycji “Koalicji 276”, autorstwa PO?

To taki trochę marzycielski pomysł, ale generalnie opozycja chyba nie ma innego wyjścia. Pytanie, czy jesteśmy w stanie to połączyć od prawa do lewa? Moim zdaniem to będzie niezwykle trudne, raczej trzeba mówić o dwóch blokach: centroprawicowo-ludowym i centrolewicowym.

Przekładając to na konkretne emblematy: Platforma z Lewicą, a PSL z Hołownią?

Na przykład.

A co z Konfederacją?

Tu trudny temat, bo w warstwie ideowej i gospodarczo trudno ich zlokalizować. Z jednej strony są tam ultraliberałowie gospodarczy, a z drugiej ideowi narodowcy w czystej postaci. Jeśli mieliby gdzieś dołączyć, to prędzej do jakiegoś bloku centroprawicowego.

Rozmawiał Tomasz Żółciak