Ze 180 mln zamówionych maseczek ok. 6 mln przekazaliśmy bądź zaraz przekażemy innym państwom. Rząd zapewnia jednak, że teraz to nie jest towar deficytowy i na drugą falę będziemy go mieć pod dostatkiem
Kolejne transze sprzętu z Polski trafią w najbliższych dniach m.in. do Armenii, Azerbejdżanu, Mołdawii i na Ukrainę. Czy to oznacza, że w Polsce jest wystarczająca ilość środków ochronnych, np. na spodziewaną jesienią drugą falę pandemii? I ile z nich to te, które spełniają normy medyczne, a ile to tandeta z Chin?
W sumie w związku z epidemią państwo polskie poprzez różne instytucje – m.in. Agencję Rezerw Materiałowych, Agencję Rozwoju Przemysłu czy spółki Skarbu Państwa takie jak KGHM – zamówiło ok. 182 mln maseczek. Jak podawała Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, jest to 147 mln maseczek medycznych i 35 mln masek z filtrami.
– Z rezerw strategicznych zostało wydanych ponad 13 mln maseczek ochronnych, łącznie na walkę z COVID-19 zostało udostępnionych ponad 60 mln. Natomiast liczba zakontraktowanych maseczek przez ARM do medycznych rezerw strategicznych jest informacją niejawną w rozumieniu ustawy o ochronie informacji niejawnych. Mogę jedynie powiedzieć, że ARM zakontraktowała dostawy towarów przeznaczone na walkę z COVID-19 na kwotę 800 mln zł, w tym ponad 200 mln zł na maseczki – mówi Michał Kuczmierowski, p.o. prezesa Agencji Rezerw Materiałowych. – Dostawy towaru do rezerw strategicznych są realizowane na bieżąco i w większości zakończą się w lipcu. Wszystkie dotychczas dostarczone i przebadane maski, zakupione do rezerw strategicznych, spełniały wymagania obowiązujących norm europejskich. Dążymy do tego, aby nawet 100 proc. asortymentu znajdującego się na stanie rezerw strategicznych pochodziło od polskich producentów – dodaje. Trzeba jednak pamiętać, że część maseczek, która trafiła do Polski (nie do rezerw strategicznych), nie spełniała wymogów i polskie podmioty zostały oszukane. Były to m.in. KGHM czy WOŚP.
Reklama
Obecnie sytuacja z maseczkami i innymi materiałami do ochrony, jak kombinezony czy gogle, jest opanowana, a w szpitalach nie ma braków. Być może to jeden z powodów, dla których Polska zaczęła uprawiać swego rodzaju „dyplomację maseczkową”. Jak pisaliśmy w DGP dwa tygodnie temu, kilkadziesiąt ciężarówek Straży Granicznej, Policji i Straży Pożarnej dostarczyło na Białoruś, gdzie epidemia wciąż nie jest opanowana, ok. 5 mln maseczek. Trafił tam również inny sprzęt, m.in. 30 respiratorów. Ta pomoc została zorganizowana w ramach Mechanizmu Ochrony Ludności Unii Europejskiej.
Już kilka dni wcześniej po 100 tys. maseczek i płyn dezynfekujący zostało wysłanych do sześciu krajów ma Bałkanach, m.in. do Serbii czy Albanii. To z kolei było wsparcie organizowane w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego. Wspomogliśmy także Irak czy Liban, gdzie stacjonują polscy żołnierze. – Angażowanie się w tych krajach pozwala na poprawę ich wizerunku w oczach ludności lokalnej – wyjaśnia nasz rozmówca z Biura Bezpieczeństwa Narodowego, gdzie powstał pomysł dystrybucji maseczek w państwach, w których stacjonują Polskie Kontyngenty Wojskowe. Szczególne znaczenie może to mieć w Libanie, gdzie polscy wojskowi po latach nieobecności wrócili pod koniec ubiegłego roku w ramach misji Organizacji Narodów Zjednoczonych UNIFIL.
Teraz przygotowywane do wydania są maseczki dla Armenii (20 tys.), Azerbejdżanu (10 tys.), Mołdawii (30 tys.) i Ukrainy (40 tys.). W tym pierwszym kraju liczba zakażonych COVID-19 przekroczyła w weekend 16 tys. Biorąc pod uwagę, że mieszka tam ok. 3 mln ludzi, jest to proporcjonalnie kilka razy więcej niż nad Wisłą. Oprócz aspektu czysto humanitarnego strona polska liczy na to, że przełoży się to na nasze działania dyplomatyczne. Wszystkie z tych krajów były w orbicie zainteresowań programów takich jak np. Partnerstwo Wschodnie.
Przy prowadzeniu takich działań pytanie o dostępność maseczek w samej Polsce jest jak najbardziej zasadne. Obok Szwecji jesteśmy krajem, w którym nie zmniejsza się liczba zakażeń. Nowe ogniska są wykrywane również we Włoszech, a o drugiej fali epidemii w tym kraju mówi WHO. Szczególnie niepokojąca jest sytuacja w Lombardii, Apulii i Lacjum. Co prawda we wszystkich wymienionych regionach wskaźnik reprodukcji wynosi poniżej jednego, co oznacza wygasanie epidemii – ale w Apulii i Lacjum wzrósł on w ciągu tygodnia z 0,7 do 0,9, w Lombardii zaś utrzymuje się na poziomie 0,9. – Musimy być gotowi na powrót do obostrzeń – komentowała unijna komisarz ds. zdrowia Stella Kyriakides. Europejskie Centrum ds. Chorób i Prewencji spodziewa się w najbliższych tygodniach umiarkowanych wzrostów zachorowań w związku z poluzowaniem reżimów w wielu krajach UE.
Równie niepokojące doniesienia płyną z Azji i USA. W Pekinie w sobotę zamknięto południowozachodnią dzielnicę stolicy, po tym jak wykryto w niej ogniska koronawirusa na jednym z marketów (zaliczanym do największych w Azji). Wejścia na niego zostały zablokowane. Strzegła ich policja. Ponad 10 tysięcy osób zostało poddanych testom na obecność wirusa. Natychmiast odwołano również w całej stolicy wydarzenia sportowe i zarządzono blokadę wjazdu do miasta obywateli z innych części Chin.
Skok zakażeń zanotowano również w Indiach, które niedawno zdecydowały o poluzowaniu reżimu sanitarnego. W Delhi, Mumbaju i Ćennaj skoki były rekordowe od początku pandemii. Trend wzrostowy spodziewany jest również w USA w związku z trwającymi protestami w tym kraju.