Kiedy powstaną skuteczne preparaty, kto jest na czele peletonu i co udało się naszym naukowcom.
Reklama
Walki z COVID-19 na razie nie wygrywamy, ale powodów do optymizmu dostarcza bezprecedensowy wysiłek na froncie badawczo-rozwojowym. Kandydatów na szczepionki i leki jest tak wielu, że kalifornijski think tank Instytut Milkena uruchomił nawet na swojej stronie internetowej specjalny licznik. Jego obecne wskazanie to 141 szczepionek oraz 223 leki.
Powodów do pesymizmu – a przynajmniej głębokiej pokory – powinien dostarczać fakt, że wciąż nie udało nam się ujarzmić wielu innych wirusów, np. HIV. W przypadku tego patogenu opracowanie skutecznych leków zajęło wiele lat. I chociaż równie wiele pracy włożono w szczepionkę, to sukces w tej materii ciągle się nam wymyka. Nie dalej jak w lutym fiaskiem zakończyły się największe od lat badania kliniczne jednego z preparatów.
Mimo to jeśli idzie o SARS-CoV-2, to najwięcej dobrych informacji dochodzi właśnie z frontu szczepionkowego. Dzięki zastosowaniu nowoczesnych technik branża biotechnologiczna była w stanie dość szybko opracować i wstępnie sprawdzić potencjalne preparaty. Dzięki temu już teraz trwają lub lada moment zaczną się badania kliniczne 10 z nich (informacja za Światową Organizacją Zdrowia): kilku na Zachodzie i kilku w Chinach.
Najbardziej zaawansowane pod tym względem są prace nad szczepionką opracowaną wspólnie przez amerykańską firmę Moderna oraz Instytut Badań nad Alergią i Chorobami Zakaźnymi (NIAID; jest to podległa amerykańskiemu odpowiednikowi ministerstwa zdrowia agencja badawcza). Niedawno opublikowano niepełne wyniki pierwszej fazy badań klinicznych, podczas której oceniane jest bezpieczeństwo preparatu; zaczyna się również gromadzić informacje co do dawkowania. Ponieważ są zachęcające, firma ruszyła z przygotowaniami do drugiej fazy.

Reklama
Dobra wiadomość jest taka, że u większości uczestników badania (Moderna nie podała bowiem wyników dla wszystkich) pojawiła się odpowiedź immunologiczna, a więc organizm na szczepionkę zareagował. Przedstawiciele firmy zapewniają, że odpowiedź jest zbliżona do tego, co rejestruje się u osób, które przeszły zakażenie SARS-CoV-2. Natomiast zła wiadomość jest taka, że u czworga zarejestrowano niepożądane efekty uboczne. Jeden z uczestników badania krótko po szczepieniu bardzo osłabł i dostał 40-stopniowej gorączki; nie trwało to jednak dłużej niż dobę.
Jak tłumaczy dr hab. Ernest Kuchar, przewodniczący Polskiego Towarzystwa Wakcynologii (PTW), fakt, że jedna dziesiąta uczestników badania doświadczyła efektów ubocznych to znak ostrzegawczy i prawie dyskwalifikujący preparat. – To duży odsetek. W powszechnej praktyce byłby nieakceptowalny, ale rozumiem, że producent wciąż pracuje nad dawkowaniem i składem szczepionki, w tym użytymi adjuwantami [związkami towarzyszącymi, które wzmacniają odpowiedź immunologiczną – przyp. red.], co odgrywa rolę w przypadku wystąpienia odczynów poszczepiennych – mówi ekspert.
Szef PTW uczula, aby do wstępnych sukcesów w pracach nad szczepionkami podchodzić z ostrożnością, i ocenia, że jeśli wszystko pójdzie dobrze, to pierwszy preparat może trafić na rynek najwcześniej za około półtora roku. Połową sukcesu jest opracowanie skutecznego i bezpiecznego preparatu (te dwie cechy nie zawsze idą w parze), drugą – wprowadzenie go na rynek, w tym doprowadzenie możliwości produkcyjnych do globalnego zapotrzebowania. Moderna zapewnia, że dzięki systemowi partnerstw z innymi graczami w branży będzie w stanie produkować miliard szczepionek rocznie, ale to oznacza, że akcja podawania preparatu wszystkim na Ziemi (jeśli taka będzie potrzeba) zajmie osiem lat.
O ile szczepionki trzeba tworzyć właściwie od zera, o tyle inaczej sprawa wygląda w przypadku leków. Już jakiś czas temu prof. Krzysztof Pyrć z Uniwersytetu Jagiellońskiego tłumaczył na łamach DGP, że mało kto myśli teraz nad opracowaniem zupełnie nowych preparatów. Priorytetem jest przegląd tego, co jest dopuszczone do użytku już teraz (odpada konieczność prowadzenia badań klinicznych), aby jak najprędzej można było zacząć leczenie pacjentów chorych na COVID-19. Tak było w przypadku chlorochiny, czyli leku przeciwmalarycznego, który jest obecny na rynku od wielu lat. Uboga literatura wskazywała, że może być skuteczny w walce z koronawirusem. Niestety, duże studium w prestiżowym „The Lancet” opublikowane kilka dni temu wykazało, że lek niesie ze sobą zagrożenia dla pacjentów, nie zapewniając efektów terapeutycznych (o czym więcej na stronie obok).
Na razie jedynym specyfikiem, który potwierdził swoją skuteczność, jest remdesiwir. Pod tą nazwą kryje się związek chemiczny, który zakłóca pracę polimerazy wirusa SARS-CoV-2 – a więc enzymu, za pomocą którego patogen kopiuje swój kod genetyczny wewnątrz zakażonych przez siebie komórek. Bez tego wirus nie może stworzyć swoich kompletnych kopii – to tak, jakby produkować samochody bez silnika. Nigdzie nie zajadą i są bezużyteczne.
W każdej beczce miodu musi się jednak znaleźć łyżka dziegciu i chociaż remdesiwir skracał czas dojścia do zdrowia przeciętnie z 15 do 11 dni, to nie zmniejszał niestety śmiertelności – z przyczyn, których do końca nie rozumiemy. Na razie pozostaje jednak naszą jedyną opcją terapeutyczną o potwierdzonej skuteczności. Niebawem będą zresztą znane wyniki kolejnych badań z wykorzystaniem tego leku.
Dobór znanych już związków podyktowany jest powiększaniem wiedzy nad sposobami działania wirusa. Ten, aby wtargnąć do komórki, najprawdopodobniej wykorzystuje jej dwa receptory (czyli tak naprawdę wystające z błony komórkowej, specjalistyczne białka). Jeden nazywa się ACE2 i był wykorzystywany już przez wirusa SARS sprzed 18 lat; drugi to TMPRSS2. Firma Apeiron Biologics rozpoczęła badania nad sztuczną wersją tego pierwszego, którą wstrzykiwano by pacjentowi, aby „pozbierał” (czy raczej powiązał) napotkane przez siebie wiriony (pojedyncze wirusy). Z kolei do blokowania tego drugiego nadaje się związek pod nazwą mezylatu kamostatu, który w Japonii jest dopuszczony do leczenia trzustki. W Danii rozpoczęto już badanie wykorzystujące go w leczeniu chorych na COVID-19.
Do tego wyścigu, choć raczej nieśmiało, stanęła również Polska. Konkursy na badania związane z koronawirusem ogłosiło Narodowe Centrum Badań i Rozwoju; wsparcie służby zdrowia pod postacią produkcji sprzętu zapewniły instytuty skupione w Sieci Badawczej Łukasiewicz (respiratory) czy nawet poszczególne uczelnie (produkcja przyłbic na Politechnice Poznańskiej). Dużym sukcesem okazało się opracowanie przez Instytut Chemii Bioorganicznej Polskiej Akademii Nauk w Poznaniu tzw. szybkiego testu na obecność koronawirusa (podobno bardziej skuteczny od południowokoreańskich). Naukowcy z Uniwersytetu Jagiellońskiego (w tym prof. Pyrć) przy współpracy z kolegami z zagranicy opracowali z kolei związek chemiczny, który w przyszłości mógłby stać się jednym z leków na koronawirusa (musiałby oczywiście uprzednio przejść całą ścieżkę badań przed- i klinicznych).
Dziś jedyny lek z potwierdzoną skutecznością to remdesiwir