Po niedawnym wyroku Trybunału Konstytucyjnego Ministerstwo Zdrowia ma już niecałe 16 miesięcy na to, by zastanowić się nad tym, jak ma wyglądać organizacja ochrony zdrowia i coś w niej zmienić. Niestety, pierwsze sygnały płynące z resortu wskazują, że na poważną reformę raczej się nie zanosi.

W tym roku przełomu nie będzie

Zadłużenie szpitali narasta – w 2019 r. roku sięgnęło rekordowej kwoty 14,3 mld zł. I choć resort zdrowia twierdzi, że generowane jest tylko przez niewielką część placówek (73 proc. samodzielnych publicznych zakładów opieki zdrowotnej – dalej SPZOZ – nie ma bowiem zobowiązań wymagalnych, co jednak nie oznacza, że nie borykają się z żadnymi długami), to lokalni włodarze nie mają wątpliwości, że z roku na rok sytuacja służby zdrowia będzie się pogarszać. Przy czym niektóre samorządy już teraz dwoją się i troją, by ratować swoje placówki – władze woj. lubelskiego, w tym celu zaciągnęły pożyczkę pod zastaw m.in. filharmonii, z kolei dyrektor szpitala w Sanoku na stronie internetowej zamieścił apel o pomoc w spłacie długu, który skierował do instytucji, organizacji i firm, a nawet osób prywatnych. Tymczasem kompleksowego pomysłu, jak rozwiązać problem zadłużenia się placówek ochrony zdrowia, nie ma. A sprawa jeszcze bardziej się skomplikowała po wyroku TK, który 20 listopada br. (sygn. akt K4/17) uznał, że zmuszanie samorządów do pokrywania części strat podległych im szpitali, to w istocie wyręczanie państwa. I dał rządowi 18 miesięcy na naprawienie niekonstytucyjnych przepisów.