Choć stomatolodzy stanowią 22 proc. lekarzy, miejsc specjalizacyjnych jest dla nich zaledwie 3 proc. O zmianę tego stanu rzeczy apeluje lekarski samorząd. Młodzi dentyści jednak wątpią, czy publiczny system jest w stanie ich czegoś nauczyć
Komisja Stomatologiczna Naczelnej Rady Lekarskiej (NRL) opublikowała w tym tygodniu apel o „wydobycie stomatologii z niszy, w jakiej pod względem uwagi władz publicznych się znalazła”.
– Czujemy, że nikt się stomatologią nie interesuje. Jest groźba, że może ona zostać uznana za samowystarczalną – jako dziedzina w dużym stopniu skomercjalizowana – mówi Andrzej Cisło, przewodniczący Komisji Stomatologicznej i wiceprezes NRL.
Samorząd uważa, że państwo nie troszczy się o kształcenie podyplomowe stomatologów i nie finansuje leczenia adekwatnie do wyzwań, ponieważ większość dentystów zatrudnionych jest poza systemem publicznym, a gros udzielanych przez nich świadczeń jest nierefundowanych. W ostatnich latach poziom nakładów na stomatologię wynosi ok. 2 proc. budżetu NFZ, czyli jest porównywalny z kosztami obsługi administracyjnej funduszu.
Reklama
Na zwiększenie puli środków się nie zanosi, jest jednak szansa na zmiany dotyczące kształcenia specjalizacyjnego. Problemy stomatologów zostały bowiem dostrzeżone przez autorów projektu nowelizacji ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty.

Po co specjalizacja

Reklama
Pokutuje opinia, że dentystom specjalizacja nie jest potrzebna. Ma to odzwierciedlenie w liczbie przyznawanych im rezydentur. Zdaniem ekspertów to przekonanie wynika z błędnych założeń.
Jak tłumaczy Andrzej Cisło, koszyk specjalistyczny w stomatologii jest na tyle ubogi, że z perspektywy systemu publicznego zapotrzebowania na specjalistów nie widać. Nie oznacza to jednak, że go nie ma – po prostu pacjenci zmuszeni są do korzystania z usług specjalistycznych w sektorze prywatnym, słono za nie płacąc. A do specjalistów w ramach NFZ są ogromne kolejki.
– To błędne koło. Dla ministra może być wygodnym wytłumaczeniem, że nie musi wydawać tylu pieniędzy na rezydentury stomatologów – ocenia wiceprezes NRL.
Dodaje, że i tak nie ma jak ich wydać, bo nie ma odpowiedniej struktury. – Polikwidowano duże przychodnie, a drobne podmioty nie są w stanie przyjąć na szkolenie rezydenckie tylu lekarzy, ilu byśmy chcieli – podkreśla.
Podobnego zdania jest Marcin Sobotka z Porozumienia Rezydentów, lekarz i lekarz dentysta, specjalista chirurgii stomatologicznej.
– Nie jest prawdą, że stomatologom nie jest potrzebna specjalizacja. Przez ostanie 30 lat stomatologia uwolniła się z sektora publicznego, więc nastąpił ogromny postęp. Ludzie muszą się dziś specjalizować – przekonuje.
A ponieważ miejsc rezydenckich dla dentystów jest niewiele, rozwinął się wolontariat jako forma odbywania specjalizacji.
– Na jedno miejsce rezydenckie przypada pięć na wolontariacie. Korzystały z tego prywatne gabinety, zyskując darmową siłę roboczą. Ale trudno pracować osiem godzin dziennie za darmo. Nowa ustawa o zawodzie lekarza ma tego zakazać. I dobrze, bo to nie żadne szkolenie, tylko niewolnicza praca – ocenia Marcin Sobotka.

Łatwiejsza ścieżka

Dlatego samorząd opracował zmiany, które pomogą rozwiązać ten pat. Zostały one przyjęte przez ministerialny zespół, który pracował nad nowelą ustawy, i wpisane do kolejnych wersji projektu. Zaproponowano m.in. uznawanie dorobku lekarza z tytułem doktora habilitowanego. Efektem ma być możliwość ubiegania się o skierowanie do odbywania szkolenia specjalizacyjnego w ramach modułu jednolitego bez postępowania kwalifikacyjnego – za zgodą konsultanta krajowego.
– Ważny jest art. 16x, który zobowiązuje ministra zdrowia, by wydając rozporządzenie specjalizacyjne, brał pod uwagę odmienność wykonywania zawodu przez lekarza dentystę. To najważniejszy element. Musimy teraz przekonać posłów i senatorów, że resort powinien zagwarantować na kształcenie podyplomowe stomatologów pieniądze proporcjonalne do ich liczby – mówi Andrzej Cisło.
Marcin Sobotka zgadza się, że jeśli rząd chciałby zrobić ukłon w stronę lekarzy dentystów, to trzeba zacząć od zwiększenia liczby rezydentur, czyli płatnych miejsc specjalizacyjnych.
– Jeśli ktoś się dostanie na specjalizację, czuje się w obowiązku, by się douczać. A dzięki temu, że jest to rezydentura i dostaje pensję, ma z czego zapłacić za dodatkowe kursy – przekonuje.
Jak podkreśla, specjalizację zdobywa się dziś na kursach, głównie zagranicznych. – Publiczne placówki zatrzymały się w XX w., można w nich uzyskać tytuł specjalisty, nie niezbędną wiedzę – konkluduje.
Dlatego wszystko rozbija się o pieniądze – i chodzi nie tylko o płatne miejsca specjalizacyjne, ale również o koszyk świadczeń.
– Finansowanie specjalizacji musi uwzględniać, że pewne procedury pacjent musi mieć refundowane – żeby rezydent mógł wykonać je za publiczne pieniądze. Przykładowo protetyka to nie są dziś protezy, dąży się do tego, żeby człowiek ich nie miał, stosuje się inne techniki. Ale pacjenta musi być na nie stać, dlatego konieczna jest dopłata, jak np. w Niemczech. W Polsce to niemożliwe, więc ja się tego nie nauczę w publicznej placówce – mówi Marcin Sobotka.
W tej sytuacji lekarzy tym bardziej niepokoi pomysł – zaproponowany w tym samym projekcie – sprowadzania w trybie uproszczonym specjalistów spoza UE.
– To dyskryminujące dla stomatologów, którym nie umożliwiamy kształcenia w Polsce – ocenia Andrzej Cisło.
7 miejsc rezydenckich jest na ortodoncji
22 miejsca rezydenckie są na chirurgii stomatologicznej
22 miejsca rezydenckie są na protetyce stomatologicznej
4126 to liczba rezydentur ogółem
Etap legislacyjny
Projekt po komisji prawniczej