Niechętnie, nierzetelnie, czasem nieumiejętnie, a przede wszystkim niesystematycznie – lokalne władze nie zawsze sobie radzą z zapobieganiem temu szczególnemu rodzajowi zaburzeń nastroju i emocji
Jednym z powodów – jak wskazuje NIK, który skontrolował działalność samorządów w tym zakresie – jest brak odpowiednich umiejętności w przygotowywaniu skutecznych programów walki z depresją. Większość przeznaczonych na ten cel środków wydawana jest na doraźną, jednorazową pomoc, a nie na kompleksowe programy zdrowotne.
Ze 109 przebadanych przedsięwzięć tylko cztery były prowadzone jako programy polityki zdrowotnej, które muszą spełniać określone ustawowo wymogi (m.in. mieć określony cel, mierniki). Dodatkowo podlegają ocenie niezależnej instytucji, czyli Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji (AOTMiT).
Reklama
Większość była realizowana w postaci mniej skutecznych projektów, bez długofalowego myślenia. Kłopot polega na tym, że lokalne władze mogły mieć z tego powodu mylne poczucie, że coś robią. Zdaniem ekspertów NIK to nie dawało odpowiedniej gwarancji kompleksowej ochrony społeczności lokalnej przed depresją.
Ale nawet te samorządy, które przygotowały programy, nie uniknęły błędów. Tylko jeden z nich otrzymał na wstępie zielone światło z Agencji Oceny Technologii Medycznej i Taryfikacji. Pomimo uwag agencji zmiany nie zawsze były wdrażane. Na przykład w Łodzi uznano, że brak mierników efektywności i aktualizacji wskaźników epidemiologicznych nie ma znaczenia i ich nie dopisano.

Reklama
Mierzenie efektywności jest jednym ze słabych punktów działań samorządowych. Przede wszystkim często urzędnicy nawet nie określali, jaki konkretnie cel ma zostać osiągnięty.
Spośród sześciu skontrolowanych przez NIK samorządów jedynie w trzech (w województwach: małopolskim, łódzkim i mazowieckim) opracowano i wdrożono rozwiązania dotyczące zapobiegania i leczenia depresji w formie kompleksowych programów polityki zdrowotnej. Zakładane cele osiągnięto zaledwie w jednym – w Małopolsce.
Problem jest poważny. Według danych policji liczba samobójstw (depresja jest jednym z ich głównych powodów) zakończonych zgonem wzrosła z ponad 4 tys. w 2012 r. do blisko 5,3 tys. w 2017 r.
Z danych NFZ wynika, że rośnie liczba leczonych dzieci (do 18. roku życia) i osób powyżej 65. roku życia.
Rośnie zapotrzebowanie na tego rodzaju akcje profilaktyczne. Podczas realizacji programów samorządowych zdarzały się sytuacje, że zainteresowanie było większe niż oferowana liczba miejsc. Przykładowo w Urzędzie Miejskim w Gdańsku do programu „Bliżej siebie” zamiast zaplanowanych 200 osób zgłosiło się ponad 300. We Wrocławiu ponad 600 chciało uczestniczyć w szkoleniach zapobiegających depresji.
W programie „Depresja w opresjach”, realizowanym przez jedną z wrocławskich fundacji, wyszło, że systematyczne uczestnictwo w zajęciach skutkowało poprawą nastroju i obniżeniem objawów depresyjnych u 79 proc. badanych. To jednak wyjątki. Ogólnie – zdaniem NIK – efekty są marne.
Pomijając ograniczone fundusze na walkę z depresją, samorządy nie potrafiły rozliczyć środków, a efektywność wydanych pieniędzy była trudna do ocenienia.
Jak podaje NIK, prowadzenie działań profilaktycznych jest również celem przygotowanego przez resort zdrowia „Programu zapobiegania depresji w Polsce na lata 2016–2020”. Efekty nie są jeszcze znane, bo nie był on poddany ocenie. Już dziś jednak wiadomo, że jego wdrażanie jest opóźnione w stosunku do harmonogramu.
Jednym z przykładów jest ogłoszona ostatnio kampania informacyjno-edukacyjna dotycząca zapobiegania, wczesnego wykrywania i leczenia depresji. Kampania społeczna została opóźniona o dziewięć miesięcy: planowana pierwotnie na lata 2018–2020 miała pojawić się w mediach na początku tego roku. Tak się jednak nie stało, bo do końca 2017 r. nie udało się przygotować dla niej odpowiedniego… hasła. Ostatecznie przygotowano je dopiero pod koniec lipca tego roku, a kampania oficjalnie wystartowała 3 października. – Skrócenie kampanii o wiele miesięcy, zdaniem izby, jest niekorzystne z punktu widzenia realizacji głównego jej celu, czyli wzrostu poziomu świadomości społecznej na temat zaburzeń depresyjnych – uważa Ksenia Maćczak, rzecznik NIK.
Badania wskazują na wysokie koszty społeczne depresji. Koszt produktu utraconego przez społeczeństwo w wyniku choroby lub jej leczenia, oszacowany metodą kapitału ludzkiego, wahał się (w zależności od podejścia) od 1 mld zł do 2,6 mld zł. rocznie.