Biura podróży odwołują wiele zagranicznych imprez, a popyt na krajowe wyjazdy rośnie.
– Wszystko wskazuje na to, że szykuje się kolejny dobry sezon, nie tylko nad polskim morzem, lecz także na Mazurach i w górach – uważa Jacek Piasta, ekspert Instytutu Hotelarstwa. Hotelarze mówią o wzmożonym ruchu w rezerwacjach. Karolina Marszałek, menedżer hotelu Lubicz w Ustce, przyznaje, że telefon z pytaniami o dostępność pokoi latem dzwoni na okrągło. Codziennie też spływają kolejne potwierdzenia rezerwacji. – Właśnie zabukowałam kolejne miejsce na lipiec – mówi. Jak tłumaczy, zwykle takie zainteresowanie jak teraz jest widoczne w kwietniu. Dominują klienci z Polski.
Inni nasi rozmówcy też twierdzą, że turystów zagranicznych jak na razie jest jak na lekarstwo, a wśród polskich przeważają rodziny wielodzietne i osoby w starszym wieku. – Zauważamy wzrost rezerwacji na sezon letni w naszych hotelach zarówno nad morzem, jak i w górach. Szacujemy w związku z tym, na podstawie stanu na dziś, że obłożenie w sezonie będzie wyższe nawet o 10 proc. w porównaniu z rokiem ubiegłym – wyjaśnia Piotr Śliwka, dyrektor rozwoju w firmie Zdrojowa Invest&Hotels.
Reklama
Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, w ub.r. tylko nad Bałtykiem wypoczywało 1787,7 tys. turystów, czyli o 3,6 proc. więcej niż w 2018 r. To zagwarantowało średnie obłożenie obiektów noclegowych na poziomie 65,3 proc. – w lipcu i 64,1 proc. – w sierpniu. W tym roku więc ten odsetek może zbliżyć się do 70 proc. Wielu hotelarzy oczekuje wręcz pełnego obłożenia. Mowa przede wszystkim o obiektach, które oferują coś więcej niż tylko noclegi, czyli również basen kryty, strefę SPA czy strefę zabaw dla dzieci. – Te mogą liczyć na dobrą frekwencję także, gdy zawiedzie pogoda – dodaje Jacek Piasta.
Aleksandra Sowa-Frąckowiak, rzecznik prasowy portalu rezerwacyjnego KAYAK.pl, informuje, że wzrost wyszukiwań hoteli na wakacje zwiększył się w porównaniu do ub.r. o 113 proc. Prym wśród wyszukiwanych miejscowości wiedzie Łeba, gdzie liczba poszukiwanych noclegów wzrosła o 477 proc. Na drugim miejscu jest Ustka, gdzie zwiększyła się o 128 proc. Trzecie miejsce należy do Karpacza z wynikiem 108 proc. – Niewiele mniejszym powodzeniem cieszą się Świnoujście czy Szklarska Poręba, gdzie liczba wyszukiwań jest większa o ponad 100 proc. w porównaniu z rokiem ubiegłym. Popularność Władysławowa i Międzyzdrojów zwiększyła się natomiast o ponad 90 proc. – wyjaśnia Aleksandra Sowa-Frąckowiak.

Reklama
Hotelarze nie chcą mówić, czy wzrost zainteresowania przekłada się na ceny. Dane z portali rezerwacyjnych wskazują jednak, że takie zjawisko ma miejsce. Choć, jak przyznają, na razie nie na duża skalę. – Średnie koszty wynajmu na lato są obecnie ok. 1,5 proc. wyższe niż w tym samym okresie przed rokiem – wylicza Aleksandra Sowa-Frąckowiak.
Jacek Piasta uważa jednak, że im wyższy będzie stopień obłożenia, tym podwyżki cen będą bardziej widoczne. – Pokoje rezerwowane w okresie last minute, czyli tuż przed przyjazdem mogą być dostępne nawet za podwójną cenę – dodaje.
Eksperci uważają też, że wzrost cen stanie się szczególnie odczuwalny, gdy obłożenie w obiekcie przekroczy ok. 75 proc. To bezpieczny poziom, dla hotelarza gwarantujący mu zysk z działalności. Dlatego pozostałe pokoje może przeznaczyć do tego, by jeszcze bardziej podbić wynik, bez uszczerbku dla siebie, gdy ten plan się nie powiedzie.
Hotelarze na razie są zadowoleni z obrotu sprawy, mają jednak świadomość, że ewentualny wybuch epidemii koronawirusa w Polsce może ostatecznie pokrzyżować im plany. Może bowiem sprawić, że nikt nie będzie chciał opuszczać domu, także latem, a na pewno nie będzie chciał jeździć tam, gdzie jest dużo ludzi.
– Branża straci, gdy epidemia wybuchnie również w Polsce. Dlatego należy pomyśleć o rozwiązaniach, które uchronią ten sektor, ale i biura podróży przez kłopotami na wypadek takiej sytuacji – mówi Paweł Niewiadomski, prezes Polskiej Izby Turystyki. – Być może przyszedł czas na powołanie sztabu kryzysowego – dodaje. – Dobrym rozwiązaniem byłoby też powołanie funduszu katastrof na wzór holenderskiego, na który składki płaciliby sami przedsiębiorcy. To może być jednak trudne do przeprowadzenia w praktyce. Branża się mobilizuje w razie kłopotów, potem następuje rozprężenie. A ważne jest, by taki fundusz działał przez cały czas. Wtedy ma sens – uważa Niewiadomski.