Porty regionalne i część przewoźników ostro sprzeciwiły się planowanemu przez Polską Agencję Żeglugi Powietrznej (PAŻP) nowemu cennikowi. Chodzi o opłatę terminalową (za start i lądowanie samolotu) i trasową (za przelot w polskiej przestrzeni powietrznej). Od 2022 r. ostro w górę mają pójść zwłaszcza te pierwsze.
W przypadku lotnisk regionalnych, czyli wszystkich poza Lotniskiem Chopina, opłata ma się zwiększyć aż o 70 proc. – z 791,12 zł do 1347,76 zł.
– Nie widzimy uzasadnienia dla tak dużego, skokowego wzrostu – uważają przedstawiciele Związku Regionalnych Portów Lotniczych. Przewidują, że przełoży się to na dużą podwyżkę cen biletów lotniczych, a to z kolei spowoduje znaczący spadek ruchu pasażerskiego. W efekcie w wielu portach może nie dojść do odbudowy ruchu lotniczego po epidemii COVID-19. W sprawie szykowanego cennika list do premiera Mateusza Morawieckiego wysłał też szef grupy Ryanair Michael O’Leary. Pisze w nim m.in., że już przed wybuchem pandemii polskie opłaty za korzystanie ze służb żeglugi powietrznej były niekonkurencyjne w porównaniu z innymi krajami. W 2019 r. średnia stawka w Europie wynosiła 166 euro, a na polskich lotniskach regionalnych 181 euro. Według szefa irlandzkich linii propozycja PAŻP, aby podnieść opłaty o 70 proc., przy jednoczesnych zwiększeniu opłat trasowych o 26 proc. „wskazuje na oderwanie PAŻP od rzeczywistości branży przewozów lotniczych”.
O’Leary twierdzi, że zarówno linie, jak i pasażerowie nie będą w stanie pokryć zwiększonych kosztów. W konsekwencji trzeba będzie skasować część tras.
Lotniska regionalne dodatkowo skarżą się, że PAŻP nie traktuje ich na równi z Lotniskiem Chopina. Na tym ostatnim stawka terminalowa będzie znacznie niższa – 524,58 zł.
Agencja przekonuje, że podwyżka opłat to konsekwencja pandemii, kiedy to z powodu ogromnego spadku ruchu lotniczego drastycznie zmniejszyły się też wpływy z opłat od przewoźników. W przeciwieństwie do lotnisk czy części linii lotniczych agencja nie otrzymała zaś żadnej pomocy od rządu.
– Czy samoloty latają, czy nie, mamy stałe koszty utrzymanie służb nawigacyjnych. Przykładowo w 2019 r. nasz budżet wynosił 1 mld zł. Z tego 800 mln zł to koszt minimalnego serwisu na polskich lotniskach – mówi DGP Janusz Janiszewski, szef PAŻP. Dodaje, że w 2020 r. udało się obniżyć płace i dzięki temu ściąć koszty o ok. 200 mln zł. Agencja musiała jednak wziąć kredyty, by sfinansować bieżącą działalność. Pierwsza pożyczka wyniosła 250 mln zł. Wkrótce ma być uruchomiony drugi kredyt na 550 mln zł. PAŻP dodaje, że mechanizm finansowania służb nawigacyjnych zostały ustalone przez Brukselę. Ta zdecydowała, że w kolejnych latach instytucje te będą mogły odzyskiwać utracone w czasie pandemii wpływy.
Porty regionalne zwracają jednak uwagę, że część rządów, np. w Niemczech czy Hiszpanii, w czasie pandemii odpowiednio zrekompensowały spadki przychodów swoim służbom nawigacyjnym. Proponują, by Polska zrobiła to samo. To pozwoliłoby uniknąć dużych podwyżek.
– Jeśli rząd dotowałby agencję, to od razu pojawiłoby się trudny dylemat. Linie lotnicze np. Ryanair, latając wywołują różne koszty, np. kontroli przestrzeni powietrznej. Czy zatem kasjerka ma dokładać się ze swoich podatków do biznesu Ryanairowi? – mówi DGP, wiceminister infrastruktury Marcin Horała. Nie wspomina jednak, że jednocześnie ta sama kasjerka poprzez rządową pomoc publiczną dokłada się np. do LOT-u.
Horała wątpi też, by planowana podwyżka zniechęciła do latania, bo w praktyce bilet zdrożeje tylko o kilka złotych. Przykładowo przy wypełnionym boeingu 737 każdy pasażer będzie musiał wyłożyć na opłatę terminalową ok. 7 zł zamiast 4 zł, jak dotychczas.
Ostatecznie jednak nie wyklucza, że podwyżka opłat będzie trochę mniejsza.
– Być może uda się zaplanować pewien deficyt budżetowy PAŻP – zaznacza wiceminister.
Jednocześnie urzędnicy bronią zróżnicowania stawek.
– Na Okęciu jedna wieża kontrolna obsługuje 40 proc. całego ruchu pasażerów w Polsce. Pozostałe 60 proc. jest obsługiwanych przez 14 wież. Gdyby zrównać opłaty, oznaczałoby, że każdy pasażer korzystający z Lotniska Chopina płaciłby za usługę dwa razy więcej, niż wynikałoby to z rzeczywistego kosztu. Z kolei, gdyby te opłaty jeszcze bardziej zróżnicować, to okazałoby się, że opłata na najmniejszych lotniskach musiałaby wynieść kilka tysięcy złotych – mówi Horała.
Jednocześnie nie wyklucza, że w przyszłości do opłat nawigacyjnych będą też się dorzucać użytkownicy małych prywatnych samolotów. To wymaga jednak zmian w prawie.