Chaos – mówią europosłowie o pracach nad pakietem mobilności. Zawiera on nowe zasady delegowania kierowców w transporcie międzynarodowym, rozliczania czasu ich pracy i wypoczynku oraz kabotażu. Głosowanych będzie ponad tysiąc poprawek.

Wśród deputowanych nie ma porozumienia. Mimo to prace przyspieszono, by prawo zostało uchwalone jeszcze przez ten skład europarlamentu. Najbardziej zależy na tym Francji. – To przepychanie kolanem – ocenia europoseł PiS Kosma Złotowski. Mówi, że pośpiech jest złym doradcą i prace powinny być kontynuowane po wyborach w nowym europarlamencie.

Polscy deputowani zrobili wiele, by zahamować prace nad dokumentem. Ostatnią próbą był wczorajszy wniosek o odłożenie dzisiejszego głosowania na posiedzeniu plenarnym. Niestety przepadł.

Wśród poprawek są rozwiązania akceptowane przez polską branżę transportową, zgłoszone przez naszych europosłów, którzy ostatnio występowali razem, niezależnie od barw partyjnych. Ale są i takie, które naszym przewoźnikom zwiążą ręce.

Nie sposób przewidzieć, jaki będzie wynik głosowania. Już podczas prac w komisji było widać rozbieżności. Niektóre poprawki przechodziły stosunkiem głosów 21 do 28, inne 24 do 25. – Nie da się ocenić, czy komisja transportu jest za jakimś konkretnym rozwiązaniem, jest podzielona, tak jak cała izba – mówi jeden z europosłów. Niejasność co do głosowania jest tym większa, że w razie zaakceptowania pierwszej poprawki do danego przepisu reszta nie będzie głosowana.

Co naszej branży transportowej dałoby opóźnienie? Głównie wznowienie prac w spokojniejszej atmosferze, gdy wyborczy kurz już opadnie, co pewnie pozwoliłoby na wypracowanie lepszych rozwiązań. Co więcej, w połowie 2020 r. w życie wejdzie nowelizacja dyrektywy o pracownikach delegowanych, w której zapisano, że branża transportu zostanie uregulowana w ramach lex specialis w pakiecie mobilności. Polski rząd stoi na stanowisku, że jeśli do tego czasu pakiet mobilności nie zostanie uchwalony, to kierowcy nie będą podlegać zapisom tej dyrektywy. O tym mówił w wywiadzie dla DGP wiceminister pracy Stanisław Szwed.

– Nieuchwalenie pakietu mobilności to oczywiście nie jest dla nas wymarzona sytuacja, gdyż w Niemczech czy we Francji w branży transportu jest wiele patologii, z którymi pakiet mobilności mógłby skończyć. Ale lepsza jest próżnia prawna niż złe przepisy – mówi osoba zbliżona do sprawy.

– Nowe przepisy to kompromis. Choć pewnie niedoskonałe, zapewniłyby sektorowi jasność prawną – uważa Pavel Telička, czeski europoseł. – Potrzebujemy pakietu, by zapobiec pojedynczym interwencjom niektórych państw członkowskich, takich jak Francja lub Niemcy, które są sprzeczne z interesami przedsiębiorstw z naszego regionu – argumentuje.

– Kierowcy muszą być odpowiednio opłacani i zasługują na pracę w humanitarnych warunkach – założenia pakietu tłumaczy Ismail Ertug, niemiecki europoseł z frakcji socjalistów. – Funkcjonowanie unijnego przemysłu oraz usług zależą od sektora transportowego. Problem w tym, że ceny usług transportowych w UE są zbyt niskie – przekonuje polityk. Ertug, który jest sprawozdawcą pakietu mobilności, wskazuje, że ma on prowadzić do umiarkowanej poprawy pensji, a nie „szalonego wzrostu”, który mógłby spowodować upadek polskich przedsiębiorstw. – Już dziś rynek zgłasza zapotrzebowanie na ok. 150 tys. nowych kierowców. Jeśli jest popyt na kierowców, to pensje także muszą wzrosnąć. Niestety w transporcie jest niesprawiedliwa relacja pomiędzy stosunkowo niewielką liczbą firm, które korzystają z usług transportowych, a ogromną liczbą małych i średnich przedsiębiorstw, które świadczą usługi transportowe – podkreśla.

Ertug nie widzi dużego zagrożenia dla naszych firm. – Polska znajduje się blisko rynku zachodnioeuropejskiego. Po pierwsze, większość pojazdów i tak już teraz wraca co trzeci tydzień do kraju. Po drugie, niemieccy i francuscy przewoźnicy nie zwiększą tak po prostu swojego personelu. Ertug wskazuje na dane Międzynarodowej Unii Transportu Drogowego, z której wynika, że w ciągu najbliższych 10–15 lat 40 proc. niemieckich kierowców przejdzie na emeryturę. – Jeśli pakiet mobilności nie zostanie przyjęty, takie państwa członkowskie, jak Francja, Belgia, Holandia lub Niemcy opracują własne zasady, żeby zwalczać różnice w zatrudnieniu w sektorze transportu. Skończymy z wieloma różnymi systemami prawnymi. I to nie będzie dobre dla nikogo – zauważa niemiecki poseł.

– Kampania wyborcza to nie jest najlepszy czas na prowadzenie merytorycznych dyskusji. Tak naprawdę dzisiaj decyzje, które zapadają w PE, nie są merytoryczne, tylko stricte polityczne – podsumowuje Piotr Mikiel ze Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych w Polsce. A przecież rozwiązania te uregulują całą branżę transportu w UE na co najmniej dekadę. – To jest zbyt poważna sprawa, a wygląda na to, że o tym, które poprawki przejdą, może zdecydować przypadek – dodaje Mikiel.