Reklama
Francja nie czeka na europejską regulację odpowiedzialności platform internetowych za zamieszczane na nich nielegalne treści. Rząd w Paryżu przygotował poprawkę do ustawy o „wartościach republikańskich” mającą na celu walkę z mową nienawiści w sieci. Zmiana umożliwi m.in. nakładanie na Big Techy (firmy takie jak Facebook czy Google) kar finansowych o wartości do 6 proc. ich rocznego globalnego dochodu. Komisja Europejska potwierdziła nam, że Paryż zwrócił się już do niej o notyfikowanie swoich przepisów. Francuska ustawa ma być stosowana do czasu wejścia w życie rozwiązań unijnych.
Unia w grudniu ub.r. zaproponowała dwa projekty: akt o usługach cyfrowych (DSA) i akt o rynkach cyfrowych (DMA). By zmiany zaczęły obowiązywać, Unię Europejską czeka jednak żmudny proces legislacyjny. Komisja Europejska zakłada, że nowe prawo wejdzie w życie z końcem 2023 r.
Na Unię nie chce czekać także nasz resort sprawiedliwości, który przygotował projekt ustawy o „wolności słowa”. – Złożenie projektu ustawy francuskiej pokazuje, że duże państwa członkowskie nie czekają na rozwiązania europejskie, ale chcą sprawę uregulować wewnętrznie, dopóki nie będzie wynegocjowanych wspólnie przepisów unijnych – mówi Sebastian Kaleta, wiceminister sprawiedliwości.
Zwraca uwagę, że w odróżnieniu od francuskiego zaproponowany przez jego resort projekt gwarantuje użytkownikom, że nie będą narażeni na usuwanie zamieszczanych w internecie treści, które są zgodne z prawem. – Ustawa francuska jest, można powiedzieć, cenzorska. W tym samym kierunku idzie DSA. Polska w negocjacjach nad europejskimi rozwiązaniami walczy o to, by europejskie przepisy były bardziej zrównoważone: z jednej strony pozwalały na walkę z treściami, które naruszają prawo, ale z drugiej strony chroniły użytkowników przed usuwaniem treści zgodnych z prawem – podkreśla. Przyjęcie polskiej ustawy z gwarancjami dla użytkowników mogłoby w europejskich negocjacjach stanowić argument za przyjęciem podobnego rozwiązania w DSA.
Zagwarantowanie w przepisach UE jasnych kryteriów usuwania treści z internetu oraz zapewnienie efektywnej ścieżki odwoławczej w przypadku zablokowania użytkowników lub ich publikacji są także priorytetami w stanowisku polskiego rządu dla Brukseli w sprawie DSA. „Bardzo duże platformy internetowe, a konkretnie serwisy społecznościowe, ze względu na swój zasięg pełnią centralną, systemową rolę w prowadzeniu debaty publicznej. Dlatego chcemy wzmocnienia pozycji użytkownika względem nich” – czytamy w dokumencie.
Tak Warszawa uzasadnia zmiany, jakie chciałaby wprowadzić w unijnych regulacjach. Podstawowym postulatem rządowym jest zwiększenie kompetencji dla regulatorów krajowych (w DSA są określeni jako koordynatorzy ds. usług cyfrowych). Chodzi o to, by mieli oni „realny wpływ na postępowania dotyczące skarg użytkowników wobec dostawców usług”.
Z drugiej strony platforma cyfrowa powinna zdaniem Warszawy „mieć prawo odwołania się do krajowego sądu w przypadku wystąpienia sporu” – np. o usuwanie treści czy blokowanie internauty. Dlatego „powinna istnieć możliwość zobowiązania bardzo dużej platformy, oferującej usługę portalu społecznościowego, do ustanowienia przedstawiciela krajowego czy też oddziału krajowego w sensie prawnym” – stwierdza rządowe stanowisko.
Ustawa o „wolności słowa” też wprowadza zobowiązanie do ustanowienia przez Big Techy punktów odpowiedzialnych za kontakty z sądami i organami krajowymi. Ten sam element znalazł się w projekcie francuskim.
Biały Dom odpuścił Big Techom
Prezydent Joe Biden odwołał rozporządzenie swojego poprzednika Donalda Trumpa, który chciał ograniczenia ochrony platform cyfrowych przed odpowiedzialnością za treści publikowane przez ich użytkowników.
Trump w ub.r. zażądał od amerykańskich organów regulacyjnych – m.in. Federalnej Komisji Łączności – ustalenia nowych regulacji dotyczących Facebooka, Twittera i innych mediów społecznościowych. Chodziło o zmianę ustawy komunikacyjnej (Communications Decency Act).
Na podstawie sekcji 230. tej ustawy – pochodzącej z 1996 r. – giganci technologiczni korzystają z immunitetu, tzn. nie można ich traktować jako wydawców treści umieszczanych w internecie przez użytkowników. W efekcie serwisy społecznościowe nie ponoszą odpowiedzialności prawnej za wpisy internautów. Mają też ogromną swobodę w ich blokowaniu i usuwaniu.
Wydając rozporządzenie, Trump stwierdził, że: „Twitter, Facebook, Instagram i YouTube posiadają ogromną, jeśli nie bezprecedensową moc kształtowania interpretacji wydarzeń, cenzurowania, usuwania lub ukrywania informacji i kontrolowania tego, co ludzie zobaczą lub nie” oraz że „prowadzą selektywną cenzurę, która szkodzi narodowej debacie”.
O ich sile były prezydent USA przekonał się boleśnie na początku tego roku, po przegranej walce o drugą kadencję w Białym Domu. Po jego gniewnych postach i atakach tłumu na Kapitol Donald Trump został zablokowany na Twitterze i Facebooku.