Co mają wspólnego 5G i koronawirus? Niewiele, ale to właśnie w tarczy 3.0 wprowadzono przepisy, które uniemożliwią dokończenie aukcji na budowę tej sieci.
Dziennik Gazeta Prawna
Andrzej Kosztowniak, poseł PiS, który złożył kluczową poprawkę dotyczącą 5G: – Nie czuję się specjalistą w temacie 5G.
Henryk Kowalczyk, przewodniczący sejmowej komisji finansów publicznych: – Miałem poważne wątpliwości co do tej procedury. Ale przekonało mnie stanowisko rządu, że trzeba działać szybko.
Reklama
Wanda Buk, wiceminister cyfryzacji: – Rozumiem, że nie wygląda to zbyt dobrze. Ale to nieprawda, że poprawki były wprowadzane w środku nocy. Temat pojawił się już o godz. 18.
Członek rządu chcący zachować anonimowość: – Fatalna praktyka. Uczestniczyłem w pracach nad ustawą i gdy pytano mnie po raz ostatni o opinię, kontrowersyjnych przepisów w projekcie nie było.

Reklama
Mirosław Suchoń, poseł Koalicji Obywatelskiej: – Rozważamy zawiadomienie służb specjalnych, choć nie spodziewamy się, by służby obecnie zajęły się nieprawidłową działalnością polityków PiS.
Arkadiusz Pączka, ekspert Pracodawców RP: – Zupełnie nieprzejrzysty proces legislacyjny. Gdy się przyjmuje ustawy w taki sposób, nie ma się co dziwić zagranicznym firmom, które nie chcą u nas inwestować.

Po co i za ile

5G wzbudza w ostatnich miesiącach skrajne emocje. Są nawet teorie spiskowe, że to właśnie ta technologia odpowiada za powstanie koronawirusa, wywołuje nowotwory mózgu, że będzie służyć masowej inwigilacji społeczeństwa przez władze. Zostawmy to na boku. Skupmy się na faktach. 5G to – tylko i aż – skrót oznaczający piątą generację sieci komórkowej. Sieć ta ma być o wiele szybsza niż obecnie funkcjonujące rozwiązania.
„Nowa sieć mobilna jest niezbędna, bo do internetu podpinanych jest coraz więcej urządzeń. Szacuje się, że w 2020 r. będzie z niego korzystać 5,5 mld ludzi i ponad 50 mld urządzeń. Dzisiejsze sieci nie poradzą sobie z taką ilością danych, bo – według szacunków – każdy użytkownik mobilnego internetu będzie zużywać średnio 20 GB danych miesięcznie. Dzisiaj to ok. 3,5 GB” – czytamy na stronie internetowej polskiego rządu. Nie ma ani słowa o tym, że mówimy o ogromnych pieniądzach. Każdy operator telekomunikacyjny chciałby rozwijać nową technologię, oczywiście inwestując jak najmniej. Z kolei państwom, które mają monopol na dopuszczanie firm do miejsca przy stole z tortem, zależy na tym, by przedsiębiorca zapłacił za nie możliwie najwięcej.
W ten sposób dochodzimy do pojęcia aukcji 5G. W największym uproszczeniu: państwo oferuje branży telekomunikacyjnej możliwość zakupu częstotliwości, co pozwoli konkretnym firmom na rozwój technologii. Zasada jest prosta: wygrywa ten, kto da więcej. Nasz rząd przyjął kilka miesięcy temu założenie, że najbliższa aukcja zapewni budżetowi państwa co najmniej 2 mld zł przychodu. Optymiści z Ministerstwa Finansów liczyli nawet na 4,5 mld zł. Udział w aukcji zapowiedziały T-Mobile, Orange i Play.

W trakcie aukcji

Za przeprowadzenie aukcji 5G odpowiada prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej. I to właśnie ten urząd z roku na rok będzie zyskiwał na znaczeniu jako regulator rozwijającego się rynku telekomunikacyjnego. Jest to wreszcie bardzo dobrze opłacane stanowisko. Mówi się o ponad 16 tys. zł miesięcznie (a przynajmniej takie zarobki były w 2014 r.). To dwa razy więcej niż wynagrodzenie wiceministra. Kadencja obecnego prezesa, Marcina Cichego, powinna się skończyć we wrześniu 2021 r. Do wyboru nowego szefa potrzebna byłaby zgoda Senatu, w którym większość ma opozycja.
Gdy 28 kwietnia 2020 r. poznaliśmy projekt kolejnej specustawy związanej z koronawirusem, tzw. tarczy 3.0, wielu obserwatorów szybko dostrzegło, że znajduje się w niej przepis, który pozwoli wybierać prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej bez udziału Senatu. Zgodnie z projektem ma go powoływać na 5-letnią kadencję i odwoływać Sejm na wniosek premiera.
W mediach społecznościowych podnosi się wrzawa, politycy opozycji się oburzają. Gardłują, że nie wolno w specustawie dotyczącej koronawirusa przepychać politycznych wrzutek. W zasadzie nikt nie zwraca jednak uwagi na o wiele bardziej istotny przepis. Zacytujmy: „w art. 115 w ust. 1 w pkt 9 kropkę zastępuje się średnikiem i dodaje się pkt 10 w brzmieniu: «10) wymagania dotyczące bezpieczeństwa i integralności infrastruktury telekomunikacyjnej i usług ustalone przez Prezesa UKE z uwzględnieniem rekomendacji i wytycznych Europejskiej Agencji do spraw Bezpieczeństwa Sieci i Informacji (ENISA), po zasięgnięciu opinii Kolegium, o którym mowa w art. 64 ustawy z dnia 5 lipca 2018 r. o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa (Dz.U. z 2018 r. poz. 1560, z 2019 r. poz. 2248 oraz z 2020 r. poz. 695), jeżeli rezerwacja jest dokonywana po przeprowadzeniu aukcji, o której mowa w art. 116 ust. 1 pkt 2»”.
Tłumacząc na polski: oznacza to, że w trakcie aukcji 5G rząd postanawia zmienić zasady jej przeprowadzania. W jednym z kolejnych przepisów wskazuje się dość mgliście, że skoro obecna aukcja toczy się według innych reguł niż planowane, to będzie trzeba ją anulować.
I tu pierwsza ciekawostka: przepisy dotyczące sposobu przeprowadzania aukcji 5G zostały dopisane na ostatniej prostej. Nie było ich, gdy projekt tarczy 3.0 był konsultowany pomiędzy ministerstwami. Nie wspomniano o nich również na spotkaniu Stałego Komitetu Rady Ministrów, który jest nazywany małym rządem, bo to właśnie na jego posiedzeniach szlifowany jest kształt projektów ustaw, które następnie rząd przesyła do Sejmu.
– Byłem zaskoczony, że w projekcie znalazło się cokolwiek na temat 5G. Gdy rozmawialiśmy o ustawie, nie było o tym mowy. Musiało to wejść do projektu już po komitecie, za to przed akceptacją rządu – mówi nam członek gabinetu, który brał udział w wewnątrzrządowych uzgodnieniach kształtu tarczy. I przyznaje, że to sytuacja nie do zaakceptowania. Tym bardziej, że Rada Ministrów podejmuje teraz decyzje obiegowo, więc wszelkie istotne uzgodnienia odbywają się na wcześniejszym etapie.

Nocna zmiana

Sejm zaczyna prace nad projektem tarczy 29 kwietnia 2020 r. Po pierwszym czytaniu skierowano go do sejmowej komisji finansów publicznych. Spotyka się ona o godz. 16.00. O godz. 18.25 po raz pierwszy pojawia się wątek kontrowersyjnych przepisów. Głos zabiera pracownik biura legislacyjnego Sejmu. I mówi wprost, że nie rozumie, o co chodzi projektodawcy. Wskazano bowiem nowy sposób powoływania prezesa UKE, ale nie odniesiono się do tego, co się dzieje z trwającą właśnie kadencją Marcina Cichego. Pracownik biura legislacyjnego prosi więc, by rząd doprecyzował przepisy: czy założenie jest takie, że kadencja Cichego zostanie dokończona, czy też zostanie on pozbawiony stanowiska po wejściu w życie tarczy. Sprawa cichnie na kilka godzin – większość parlamentarzystów uważa, że to legislacyjne niedopatrzenie rządzących. I że później doprecyzują, iż nowe zasady wyboru będą dotyczyły już przyszłego prezesa, a nie obecnego, skoro Marcin Cichy został wybrany już za rządów PiS. O godz. 23.15, gdy z sali wyszli już co mniej wytrwali parlamentarzyści, do głosu zgłasza się poseł PiS Andrzej Kosztowniak. I odczytuje swoją poprawkę o treści „Kadencja prezesa UKE, przypadająca na lata 2016–2021, ulega skróceniu i kończy się po upływie 14 dni od wejścia w życie niniejszej ustawy. Prezes Rady Ministrów w terminie 14 dni od wejścia w życie niniejszej ustawy ogłasza otwarty i konkurencyjny nabór na kandydata na prezesa UKE”. Rząd natychmiast popiera tę poprawkę, posłowie ją przegłosowują. W tym momencie staje się jasne, że Marcin Cichy pożegna się ze swoim stanowiskiem krótko po wejściu w życie kolejnej tarczy antykryzysowej.
Dlaczego? I jaki to ma związek z koronawirusem? Bo przecież jakiś musi mieć, skoro zawarto to w specustawie służącej walce z COVID-19?
– Poważny konflikt na linii Ministerstwo Cyfryzacji – UKE trwa od wielu miesięcy. Przy poprzednich kadencjach również iskrzyło, ale teraz jest znacznie gorzej niż wcześniej. Tarcia zaczęły się od czasu odwołania Anny Streżyńskiej z funkcji ministra cyfryzacji (wcześniej pracowała w UKE) i nasiliły się wraz ze wzrostem pozycji Wandy Buk w MC. Problemy dotyczyły przede wszystkim tego, co może resort, a co powinien urząd. Czyli typowy spór kompetencyjny – opowiada nam Sylwia Czubkowska, redaktorka prowadząca Spider's Web+, zajmująca się od lat tematyką rynku telekomunikacyjnego.
Potwierdza to Łukasz Dec, redaktor i wydawca branżowego serwisu Telko.in. – Urzędnicy z UKE mówią, że sytuacja jest dramatyczna i tak źle nie było nigdy. To bardzo niekorzystne, że o tak ważnym urzędzie, w trakcie prowadzenia strategicznie istotnej aukcji 5G, decydują personalne animozje. Niezależnie od tego, czy prezes UKE rzeczywiście działał po złości, nie powinno się na niego zasadzać po nocy z dubeltówką załadowaną kontrowersyjnymi przepisami – twierdzi.
W niektórych mediach branżowych plotkuje się, że o stanowisko szefa UKE ubiegać będzie się sama Wanda Buk. Ta jednak w rozmowie z nami zaprzecza. Mówi, że są znacznie lepsi kandydaci od niej. A z Cichym nie musi się lubić, ważne, by wszyscy zachowywali się profesjonalnie.
A właśnie profesjonalizmu – zdaniem resortu cyfryzacji – zabrakło prezesowi UKE i jego ludziom. Tu znów musimy wrócić do tematu aukcji 5G.
W połowie kwietnia wydawało się, że podział częstotliwości zakończy się jeszcze w czerwcu. Sprawy aukcji prowadził prezes UKE, natomiast resort cyfryzacji trzymał rękę na pulsie. Wtem, 16 kwietnia 2020 r., Marcin Cichy aukcję zawiesił. Uznał bowiem, że pierwsza tarcza antykryzysowa, w której zawieszono terminy biegu spraw, spowodowała, że nie można kontynuować procedury przetargowej.
– Byliśmy bardzo rozczarowani postępowaniem UKE. Przed przyjęciem drugiej tarczy zwracaliśmy się do prezesa z pytaniem, czy nie widzi zagrożenia dla realizacji zadań urzędu i czy w związku z tym nie ma konieczności wprowadzenia zmian legislacyjnych. Decyzją o zawieszeniu aukcji, którą prezes ogłosił już po przyjęciu tarczy antykryzysowej przez Senat, zostaliśmy zupełnie zaskoczeni – mówi Wanda Buk. Po czym dodaje, że w obliczu tego, co już się stało, czyli przede wszystkim upływu terminu na składanie ofert, należy obecną aukcję całkiem anulować. Jej zdaniem dążenie do jej rozstrzygnięcia, z całym bagażem i nieporządkiem w terminach, mogłoby doprowadzić do tego, że byłaby ona latami kwestionowana w sądach przez niezadowolonych z rozstrzygnięcia przedsiębiorców telekomunikacyjnych – tych, którzy przegrają.
A jaki to ma związek z koronawirusem?
– Żadnego – przyznaje z rozbrajającą szczerością Henryk Kowalczyk. Zastrzega jednak od razu, że choć ma wiele zastrzeżeń do przyjętych przepisów, to rozumie intencje rządu: że trzeba działać szybko, a obecnie Sejm zajmuje się niemal wyłącznie specustawami związanymi z koronawirusem; w przeciwnym razie kwestia aukcji 5G byłaby w zawieszeniu przez wiele miesięcy.
– Przekonał mnie argument, że skoro obecny szef UKE nie potrafi przeprowadzić aukcji 5G, to trzeba wybrać takiego, który ją przeprowadzi tak, jak należy – twierdzi szef Komisji Finansów Publicznych. Podobnie uważa Andrzej Kosztowniak. Jego zdaniem „nieprawidłowości przy aukcji 5G były prawdziwie niechlubne”.
Zdaniem Sylwii Czubkowskiej powód odwołania prezesa UKE może być jeszcze jeden. Otóż do budowy infrastruktury 5G może posłużyć sprzęt różnych producentów – w tym np. Huaweia, który zmaga się od kilkunastu miesięcy z posądzeniami o udział w aferze szpiegowskiej na rzecz chińskich władz. Polski rząd nabrał w tej sprawie wody w usta. Tajemnicą poliszynela jest to, że umożliwienie budowy sieci 5G na sprzęcie Huaweia może zależeć od stanowiska USA i tego, czy spór Donald Trump – Huawei skończy się rozejmem, czy będzie dalej iskrzyło. Z kolei Marcin Cichy w jednym z wywiadów prasowych zapowiedział, że nie będzie wykluczał przedsiębiorców chcących wykorzystywać sprzęt Huaweia. Wypowiedź ta została odebrana jako wyjście przed szereg i manifestacja źle rozumianej – bo mogącej doprowadzić do niepotrzebnego Polsce zaognienia relacji z naszym głównym sojusznikiem – niezależności urzędu.
Podawany oficjalnie powód zmian jest banalny: trzeba w Polsce wdrożyć unijną dyrektywę ustanawiającą Europejski Kodeks Łączności Elektronicznej. Rzekomo wymaga ona, by szefa UKE wybierał premier, a nie upolityczniona władza ustawodawcza w postaci Sejmu i – przede wszystkim – Senatu.

Aż do skutku

Wracamy na posiedzenie komisji. Tuż przed północą głos znów zabiera Andrzej Kosztowniak. Ponownie odczytuje poprawkę, tym razem o treści „Nowe przepisy dotyczące wymagań bezpieczeństwa w dokumentacji postępowania selekcyjnego mają zastosowanie do ogłoszonych przed dniem wejścia w życie ustawy przetargów, konkursów i aukcji”.
Mirosław Suchoń z Koalicji Obywatelskiej mówi nam tak: – Znam posła Kosztowniaka. Jest specjalistą w wielu dziedzinach, ale nigdy nie objawił się w Sejmie jako fachowiec od 5G.
Postanawiamy jednak istotę poprawki poznać od samego wnioskodawcy. Dzwonimy do Kosztowniaka, by go o to spytać.
– Oj, ja nie czuję się specjalistą w temacie 5G – mówi od razu. Jak to zatem możliwe, że złożył poprawkę, która – jak zaraz wyjaśnimy – decyduje o biznesie wartym miliardy złotych?
– Ja oczywiście znałem zgłaszaną poprawkę, ale wolę nie kontynuować tego tematu. Większość zgłaszanych przez posłów poprawek jest konsultowana z zapleczem rządowym i to chyba nie jest nic dziwnego. Przecież posłowie nie muszą się znać na wszystkim – wyjaśnia Kosztowniak.
Co oznacza zgłoszona przez niego poprawka, tłumaczy nam członek zarządu jednej z firm bezpośrednio zainteresowanych aukcją 5G.
– Po pierwsze: że obecną aukcję trzeba anulować. Po drugie, że jeśli kolejną aukcję wygra ten, kogo nie lubi ktoś z rządu, to się ją też anuluje. I będzie można tak licytować aż do skutku, gdy wreszcie wygra ta firma, która ma wygrać – mówi.
O tym, czy ktoś, kto zaoferuje najwyższą kwotę, otrzyma ostatecznie możliwość tworzenia sieci 5G, zdecyduje rządowe Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa – formalnie nie ono rozstrzyga, ale wystarczy popatrzeć na skład tego organu, by wiedzieć, że żaden prezes UKE mu się nie sprzeciwi. Przewodniczącym jest premier. W skład kolegium wchodzą też ministrowie spraw wewnętrznych i administracji, cyfryzacji, obrony narodowej, spraw zagranicznych, a pozostali członkowie to niemal wyłącznie ludzie zależni od władzy politycznej. Zatem jeśli kolegium uzna, że ktoś nie spełnia norm z zakresu cyberbezpieczeństwa, to mimo złożenia najwyższej oferty w aukcji nie zasiądzie przy stole i nie dostanie tortu. Nie ma przy tym żadnych konkretnych zasad, którymi organ ma się kierować.
– A zatem poprawką posła Kosztowniaka zmieniono zasady w trakcie gry, a kolejna aukcja, dzięki podjętej nie wiadomo kiedy inicjatywie Ministerstwa Cyfryzacji, będzie dla przedsiębiorców obarczona ryzykiem, że poniosą oni koszty udziału w postępowaniu, zaplanują biznes, złożą najwyższą ofertę, a potem premier stwierdzi, że on jednak nie chce, aby dana firma rozwijała sieć 5G w Polsce – mówi menedżer jednego z telekomów. Jego zdaniem pozbycie się Marcina Cichego z urzędu, poza personalnymi animozjami, może być spowodowane tym, że obecny prezes UKE nie musiał już słuchać rządzących. I tak niebawem kończyła mu się kadencja, a ma już zagwarantowaną pracę od 2021 r. w strukturach jednego z europejskich regulatorów. Mógłby się więc – zdaniem naszego rozmówcy – jawnie sprzeciwić polskiemu rządowi. I wskazać, że dana firma powinna otrzymać dostęp do pasma, które wylicytowała w aukcji, niezależnie od tego, co na ten temat uważałby premier ze swoimi ludźmi.
– Nie dziwi mnie, że telekomy nie są zachwycone, że sprawą będzie się zajmowało kolegium. Ale proszę pamiętać, że infrastruktura telekomunikacyjna jest strategiczna dla państwa. Zatem rząd i służby muszą mieć możliwość weryfikacji tego, czy sieć w Polsce będzie odpowiednio zabezpieczona – tłumaczy Wanda Buk.
Mirosław Suchoń uważa, że kłopot nie jest nawet w tym, że będzie przeprowadzana analiza dotycząca cyberbezpieczeństwa.
– Szkopuł w tym, że przepisy te zostały wrzucone w dziwacznym trybie, którego nie da się obronić i który sugeruje, że ktoś chce coś ugrać na tej sprawie – twierdzi. Dlatego Koalicja Obywatelska rozważa zawiadomienie o sprawie służb specjalnych. – Nie mówimy, że doszło lub dojdzie tu do jakiegoś przekrętu, ale każda sytuacja, w której przepisy przekładające się na biznes wart miliardy złotych oraz potencjalnie miliardowe przychody Skarbu Państwa są procedowane w całkowicie nietransparentny sposób, powinna zostać dogłębnie wyjaśniona – twierdzi Suchoń.
Sylwia Czubkowska tłumaczy, że o parasolu cyberbezpieczeństwa rozpostartym nad aukcją 5G mówiło się od dawna. Ale – jej zdaniem – przepisy dotyczące tej kwestii powinny być procedowane w standardowym trybie jako rządowa nowelizacja prawa telekomunikacyjnego, a nie pokątnie trafić do tarczy 3.0 jako wrzutka poselska pod osłoną nocy.
Podobnie – o dziwo – twierdzi dwóch członków rządu, z którymi rozmawialiśmy, a którzy nie chcą się wypowiadać pod nazwiskiem (w tym jeden cytowany powyżej). Obaj wskazują, że takie wrzutki szkodzą władzy.
– Zamiast rozmawiać o tym, co dobrego robimy dla ludzi, niemal wszystkie organizacje biznesu oraz opozycja krytykują nas za zmiany dotyczące telekomunikacji. Jeżeli nie ma żadnych złych intencji, a na pewno nie ma, nie należało tego wątku łączyć z tarczą antykryzysową – mówi nam jeden z wiceministrów.

Jak nie uchwalać prawa

Ustawa została już przegłosowana przez Sejm. Gdy piszemy te słowa, zajmuje się nią Senat. Niezależnie od jej losów prawie pewne już jest, że w 2020 r. aukcja 5G nie zostanie zakończona. Do budżetu nie trafią pieniądze – bagatela, 2–4,5 mld zł. Branża telekomunikacyjna zaś jest zaskoczona, zdezorientowana i oburzona sposobem, w jaki została potraktowana. Nieoficjalnie słyszymy od dwóch zainteresowanych udziałem w kolejnej aukcji podmiotów, że na pewno nie złożą ofert wyższych od planowanych. A może nawet niższe. Uwzględnią bowiem zwiększone ryzyko, że ostatecznie nie dostaną tego, co chcą otrzymać.
Arkadiusz Pączka tłumaczy, że przepisy o odwołaniu prezesa UKE oraz zmianie zasad przeprowadzania aukcji 5G to doskonały przykład na to, jak nie należy uchwalać prawa.
– Przede wszystkim proces legislacyjny powinien być transparentny. A tu mamy dziwne przepisy dołączane do projektu już po posiedzeniu Stałego Komitetu Rady Ministrów, nocne odczytywanie poprawek przez posła, który przyznaje, że nie wie, o co w nich chodzi, oraz ominięcie procesu konsultacji publicznych – wskazuje Pączka. Jego zdaniem jest bowiem niewykluczone, że przepisy o opiniowaniu transakcji przez Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa dałyby się obronić. Ale resort cyfryzacji powinien usiąść z przedsiębiorcami przy stole i przekonać ich, dlaczego są one niezbędne. – Wówczas dokładnie te same regulacje mogłyby być odebrane jako akceptowalne. Dziś są odbierane jako coś, co może posłużyć przeciwko biznesowi – wskazuje Pączka. Jego zdaniem, gdyby prezes UKE oraz wiceminister cyfryzacji stanęli razem i powiedzieli, że z powodu koronawirusa trzeba anulować aukcję 5G, branża telekomunikacyjna mogłaby być zawiedziona, ale by rozumiała. Gdy jednak przedsiębiorcy widzą, że chodzi o niesnaski i rozgrywki polityczne, odechciewa im się prowadzenia biznesu w Polsce.
– W wielu firmach, w których o miejscu inwestycji decyzje podejmuje zagraniczna centrala, na temat Polski pokazuje się slajd „nieprzewidywalność prawa”. W ten sposób straciliśmy już nie dwa czy pięć miliardów, lecz co najmniej kilkadziesiąt – konkluduje Pączka.
O komentarz prosiliśmy również UKE, ale do zamknięcia tego wydania nie otrzymaliśmy odpowiedzi.
Nikt nie kwestionuje wagi cyberbezpieczeństwa, ale przepisy powinny zostać przyjęte w standardowym trybie, a nie pokątnie trafić do tarczy 3.0