Przypomnijmy, że przepisy dotyczące opłaty - nazywanej podatkiem od betonozy lub podatkiem od deszczu - miały wejść w życie 1 stycznia 2022 r. Zmiany w ustawie - Prawo wodne (t.j. Dz.U. z 2021 r. poz. 2233) wprowadzane specustawą suszową znacznie rozszerzały katalog nieruchomości, których właściciele mieliby ponosić finansowe konsekwencje przykrywania ziemi betonem. Obecnie opłata retencyjna obejmuje bowiem nieruchomości powyżej 3,5 tys. mkw. niepodłączone do kanalizacji (jeśli więcej niż 70 proc. powierzchni jest wyłączona z powierzchni biologicznie czynnej). Są to więc przede wszystkim wybetonowane parkingi przy hipermarketach na przedmieściach. Po zmianach płacić mieli właściciele nieruchomości o powierzchni już od 600 mkw. (jeśli na więcej niż 50 proc. powierzchni deszcz nie może wsiąkać w ziemię, bo np. stoi tam dom, a część ogrodu jest wyłożona kostką). Opłata objęłaby także nieruchomości ujęte w system kanalizacji, a więc także nieruchomości miejskie. Według przedstawianych wówczas szacunków opłata za zmniejszenie retencji terenowej miałaby przynieść wyższe wpływy: wzrost z 6 mln zł do 180 mln zł. Tak się jednak nie stało.
Boom na retencję zatrzymany
Projekt specustawy suszowej (o inwestycjach w zakresie przeciwdziałania skutkom suszy) do konsultacji trafił w sierpniu 2020 r. Propozycje przygotowane przez ministra gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej zostały jednak wycofane (ministerstwo to zostało zlikwidowane). Zamiast nich na stronach rządowego centrum legislacji 24 lutego br. opublikowano nowy projekt specustawy suszowej, którego wnioskodawcą jest minister infrastruktury (skierowano go do uzgodnień).
Reklama
Maciej Łukaszewicz z Kancelarii Radców Prawnych Zygmunt Jerzmanowski i Wspólnicy podkreśla, że specustwa suszowa w najnowszej wersji w odniesieniu do opłaty za zmniejszoną naturalną retencję terenową utrzymuje obowiązujące rozwiązania. - Nie zmienia się nic w odniesieniu do powierzchni nieruchomości i powierzchni wyłączonej z powierzchni biologicznie czynnej, które mają zostać objęte opłatą - wskazuje.
Sebastian Szklarek, adiunkt w Polskiej Akademii Nauk, autor bloga Świat Wody, ocenia, że wycofano projekt, który zakładał zmiany idące w dobrym kierunku. - Miały przyspieszyć zwiększanie retencji w miastach, co ograniczałoby jednocześnie i susze, i powodzie miejskie. Bez odpowiedzi pozostały uwagi zgłaszane w tamtym procesie legislacyjnym. Tymczasem problem gwałtownych miejskich powodzi wróci do nas już niebawem - ostrzega.

Reklama
Przypomnijmy, że w ubiegłym sezonie letnim niektóre miejskie systemy kanalizacji nie radziły sobie z ilościami wody, które spadały podczas gwałtownych ulew. Tam, gdzie kanalizacja deszczowa i ściekowa to jeden system, nieczystości podtapiały mieszkania. Eksperci podkreślają, że rozwiązaniem jest zwiększanie powierzchni czynnych biologicznie, czyli trawników, parków, które wchłaniają część opadów, odciążając systemy kanalizacyjne nieprzygotowane na tak duże ilości wody. Opłaty za zmniejszoną retencję miały zachęcać do pozbywania się betonu z przestrzeni miejskiej na korzyść zieleni.
Właściciel lokalu zapłaci za beton?
Rewolucji nie będzie, ale zaproponowano korekty. Opłata za zmniejszenie naturalnej retencji ma być naliczana rocznie, a nie kwartalnie. Poza tym gminy będą miały obowiązek przekazywania prezesowi Wód Polskich sprawozdania zawierającego m.in. dane o liczbie podmiotów zobowiązanych do ponoszenia opłaty, wysokości ustalonej i uiszczonej opłaty.
Obecnie część gmin nie czuje się zachęcona do pobierania opłat za zmniejszoną retencję, gdyż koszty administracyjne przewyższają szacowane wpływy. Do ściągania opłat miał zachęcić gminy ich korzystniejszy podział. Jednak ostatnia wersja projektu utrzymuje dotychczasowe rozwiązanie: 10 proc. będzie trafiać do gmin, a 90 proc. do Wód Polskich.
Maciej Łukaszewicz zwraca uwagę, że do najnowszej wersji projektu dołączono także przepisy dotyczące zabudowy wielolokalowej. Doprecyzowano, że opłata za zmniejszoną retencję ma obciążać wspólnoty i spółdzielnie mieszkaniowe. Właściciele lokali mają natomiast ponosić opłatę w części odpowiadającej udziałowi w nieruchomości zabudowanej budynkiem. Zwraca przy tym uwagę, że przepis został sformułowany w sposób nie do końca jasny, który może sugerować, że opłatą miałyby zostać objęte wszystkie budynki wielolokalowe (przy spełnieniu m.in. kryterium powierzchni nieruchomości i pozostałych), a nie wyłącznie te, które postawiono po wejściu w życie przepisów o objęciu nieruchomości opłatą za zmniejszoną retencję, czyli po 1 stycznia 2018 r. - Nie wydaje mi się, że jest to zabieg celowy. Byłaby to bowiem niekonsekwencja w przepisach, która skutkowałaby tym, że właściciel np. hali zbudowanej przed 2018 r. nie ponosiłby opłaty za zmniejszoną retencję, ale właściciele lokali mieszkalnych w bloku lub kamienicy zbudowanej przed 2018 r. już tak. Będzie to kwestia dyskusyjna - mówi Maciej Łukaszewicz.
Przypomina, że Naczelny Sąd Administracyjny uznał (w wyroku z 19 czerwca 2020 r., sygn. II OSK 212/20), że gmina nie może pobierać opłaty za utraconą retencję dla nieruchomości, które zostały zabudowane przed 1 stycznia 2018 r. Przed tym orzeczeniem sprawa nie była jasna i gminy stosowały różną praktykę. Niektóre naliczały opłaty za obniżenie retencji „wstecz”, czyli dla wszystkich nieruchomości niepodłączonych do kanalizacji spełniających kryteria określone w prawie wodnym.
- Jeśli nie zostanie wprost wprowadzony do ustawy przepis, że opłata retencyjna znajduje zastosowanie także dla nieruchomości zabudowanych przed 1 stycznia 2018 r., to orzeczenie NSA będzie dalej aktualne - dodaje Maciej Łukaszewicz.
Presja na naturalną retencję w odwrocie / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe