Ministerstwo Klimatu i Środowiska rozważa przywrócenie regionalizacji w zagospodarowaniu odpadów?
Poddaliśmy tę kwestię analizie. Naturalnym efektem zniesienia regionalizacji jest to, że odpady krążą po całym kraju. Nie jest to ekologiczne. Wynika z zachowania wolnorynkowego i dostępności przetargów na odbiór i zagospodarowanie odpadów – to zrozumiałe. Uważamy natomiast, że najwłaściwsze jest, by każda gmina miała w swojej najbliższej okolicy możliwość zagospodarowania odpadów. Jest to uzasadnione ekonomicznie. Zniesienie regionalizacji miało spowodować spadek cen. Okazało się, że odpady w wielu wypadkach są transportowane o 300–400 km. Zyskują ci, którzy mogą zapłacić więcej. Popsuło to sytuację na rynku odpadowym w wielu regionach. Konsultujemy więc, czy ze względu na odbiorcę końcowego, czyli mieszkańców wnoszących opłatę śmieciową, nie wrócić do regionalizacji lub zaproponować jej inną formę.
Reklama
Mówi pan o luce inwestycyjnej. Brakuje recyklerów, kompostowni, sortownie wymagają modernizacji. Jaki jest na to pomysł?

Reklama
Luka jest na tyle poważna, że mamy do czynienia z psuciem rynku. Mogę śmiało powiedzieć, że – patrząc na to, jaki jest wolumen odpadów w Warszawie, która jest odnośnikiem w skali makro – brak infrastruktury powoduje, że cały region ma zdecydowanie trudniejszą sytuację, gdy mowa o zagospodarowaniu odpadów, które krążą po całej Polsce. Jeśli odpad z Warszawy jedzie do Białegostoku, do Łomży czy Rzeszowa, to nie jest to ani ekologiczne, ani ekonomiczne. Chcemy, aby luka była zmniejszana dzięki środkom z rozszerzonej odpowiedzialności producenta (ROP). Na tyle, na ile będzie to możliwe w ramach unijnego prawa. Proszę też pamiętać, że wszystkie programy NFOŚiGW związane z gospodarką odpadami służą uzupełnieniu luki inwestycyjnej. Trzeba jednak pamiętać, że to samorządy decydują o tym, jakiego rodzaju inwestycje są realizowane.
Część samorządów szuka rozwiązania problemu frakcji wysokokalorycznej w spalarniach. Tymczasem KE blokuje możliwość wydawania publicznych środków na spalanie odpadów.
Pamiętajmy, że kraje europejskie podochodzą do tego w zupełnie inny sposób. Francja posiada ponad 120 tego typu obiektów, Niemcy prawie 100. Polska mniej niż 10.
To będzie argument w rozmowach z KE?
Sądzę, że tak. Jeśli Niemcy zamkną 50 swoich spalarni, to myślę, że będziemy w stanie zrozumieć ich argumenty.
Działania KE powodują jednak, że te inwestycje będą drogie.
To prawda, ale spowoduje to także, że rynek podejdzie do tych inwestycji w sposób ekonomiczny, czyli weźmie pod uwagę ich rentowność. Boom inwestycyjny będzie ograniczony ze względu na wymogi osiągania poziomów recyklingu wynikających z dyrektywy unijnej. Jeżeli najważniejszy jest recykling, to nie możemy pozwolić na to, by ponad połowa odpadów poszła do spalania. Próg 30 proc. odpadów do spalenia zniknął z ustawy o odpadach, ale nie zniknął z dyrektywy. Wycofaliśmy się z rozporządzenia z listą spalarni, bo minister mógł de facto decydować o tym, kto może zarabiać, a kto nie i kto może blokować moce. Są samorządy, które przez 10 lat nie były w stanie zbudować spalarni. Pamiętajmy, że były też cementownie, których moce wchodziły w limit, ale ich nie realizowały, choć miały pozwolenia.
Zapowiedział pan zmiany w ustawie o utrzymaniu czystości i porządku w gminach, m.in. nałożenie cenowego kagańca na metodę od zużycia wody. Gminy stosujące tę metodę, które mają już dobrze funkcjonujący system, będą musiały wprowadzać zmiany. Co z gminami turystycznymi?
Ograniczenie będzie dotyczyło gospodarstw domowych, a nie usług hotelarskich i nieruchomości niezamieszkanych. Sprawdzaliśmy, że skala gmin korzystających z metody od zużycia wody nie jest duża. Nie spowoduje problemów finansowych, natomiast ochroni duże rodziny przed gigantycznymi rachunkami. Proszę też pamiętać, że to doprecyzowanie przepisów. Stawki maksymalne wprowadzono w 2014 r., gdyż Trybunał Konstytucyjny stwierdził, że powinny znaleźć się w ustawie. W przypadku metody od zużycia wody górnej granicy opłaty ponoszonej przez mieszkańców nie ma. Rodzina wielodzietna zapłaci bardzo wysokie rachunki. To także problem, gdy ktoś w mieszkaniu ma awarię i w krótkim okresie zużył duże ilości wody. Zapłacił za wodę, ale jej zużycie wpływa dodatkowo na wysokość ponoszonej przez niego opłaty śmieciowej. Dlatego chcemy do ustawy czystościowej włączyć odrębny przepis, który wprowadzi górną granicę opłaty w tej metodzie. Poza tym nie chcemy, aby gminy wykorzystywały opłatę śmieciową do przerzucania na mieszkańców kosztów inwestycyjnych, o których rozmawialiśmy.
W reakcji na akcję informacyjną Warszawy zapowiedział pan wpisanie do ustawy czystościowej możliwości dopłacania do systemu gospodarki odpadami z budżetów gminnych. To wciąż aktualny pomysł? Czy dopłacanie do systemu z budżetu będzie w jakiś sposób ograniczone? Czy nie grozi nam wysyp pomysłów: oplata śmieciowa w wysokości złotówki?
W projektowanych przepisach w ustawie czystościowej chcemy taką propozycję przedstawić parlamentowi. Zakres dofinansowania będzie należał do decyzji samorządu. Są gminy, które mają wyższe wpływy do budżetu z innych źródeł. Nie chciałbym za nie decydować. Jestem zwolennikiem tego, by to one decydowały.
Rozmawiały Katarzyna Nocuń i Sonia Sobczyk-Grygiel