Tylko co dziesiąty projekt spełnia kryteria „obywatelskości”. Za pieniądze, które de facto powinni wydawać mieszkańcy, lokalne władze remontują szkoły albo – co gorsza – wykorzystują je w celach politycznych
Tarnów, Ryszard Ścigała. / Dziennik Gazeta Prawna
Tutaj budżet obywatelski przeznaczony zostanie na remonty szkół i przedszkoli / Dziennik Gazeta Prawna
Wieliczka, Artur Kozioł. / Dziennik Gazeta Prawna
W wielu miastach trwają lub właśnie zakończyły się głosowania mieszkańców nad projektami realizowanymi w ramach budżetów obywatelskich. Idea tej formy inwestycji miała być prosta i klarowna: radni wyodrębniają ułamek pieniędzy z lokalnego budżetu na poczet obywatelskiego. Następnie grupy mieszkańców zgłaszają projekty do realizacji. Ostatecznie brane pod uwagę są te, które zdobędą największe poparcie w głosowaniu. Tyle teorii.
W praktyce przez kilka lat funkcjonowania nowego narzędzia samorządy nie wypracowały nawet jednolitych zasad (np. w zależności od wielkości gminy) dotyczących tego, jak budżety powinny być wdrażane, aby zapewnić im przejrzystość i wiarygodność.
Niektóre samorządy odgórnie określają, jaka może być maksymalna wartość projektów. We Wrocławiu koszt jednego nie może przekroczyć 1,5 mln zł. W Suwałkach z dwumilionowej puli 1,4 mln zł będzie przeznaczone na projekty o wartości od 100 do 700 tys. zł, a pozostałe 600 tys. zł – na małe projekty o wartości do 100 tys. zł. W ten sposób samorządy próbują wyrównywać szanse.
Z drugiej strony nie brakuje gmin, w których pojedyncze propozycje rozbijają bank, zgarniając niemal całą pulę środków przeznaczonych na budżet obywatelski. W Rzeszowie z 6 mln zł przeznaczonych na zadania inwestycyjne ponad 90 proc. kwoty trafi na projekt upiększenia Parku Papieskiego (m.in. budowa fontanny, strumienia, sceny). Jeden projekt zdominował też głosowanie na warszawskim Ursynowie. Chodzi o budowę integracyjnego ośrodka dla osób niepełnosprawnych za 3 mln zł. Projekt lansowany był przez jedno ze stowarzyszeń. Jak się okazało, jedna z dzielnicowych radnych jest członkinią wspomnianego stowarzyszenia i zasiada w zespole ds. budżetu partycypacyjnego opiniującego zgłaszane projekty.
Zdaniem burmistrza dzielnicy Piotra Guziała kontrowersje podsycają politycy PO przed jesiennymi wyborami lokalnymi. – To nie dzielnice odpowiadają za regulamin, ale władze miasta. Regulamin nie zakazywał zasiadywania w zespole opiniującym osobom związanym z wnioskodawcami – komentuje Guział. – Zgłosiłem postulat, by nie było możliwości zbierania kart do głosowania poza komisją albo by głosowanie odbywało się tylko internetowo. Wyeliminowałoby to możliwość drukowania sobie formularzy, masowego zbierania podpisów i przynoszenia kart z zewnątrz – dodaje.
Jego zdaniem wszystkie pozostałe projekty, które nie zakwalifikowały się do dofinansowania, i tak zostaną zrealizowane. Ale już w ramach normalnego budżetu dzielnicy w latach 2014–2016. – Kosztować to będzie ok. 12 mln zł, co przy stumilionowym budżecie nie jest wygórowanym wydatkiem – dodaje.
W wielu częściach Polski mieszkańcy wysuwają oskarżenia, że ich miasto czy gmina realizuje własne zadania inwestycyjne pod płaszczykiem budżetu partycypacyjnego. Takie głosy pojawiły się w Tarnowie, gdzie większość zwycięskich projektów to inwestycje związane z oświatą – remonty szkół czy przedszkoli, za których stan samorząd powinien odpowiadać własnym budżetem. Władze Zakopanego, by uniknąć podobnych kontrowersji, zdecydowały, że w przypadku tamtejszego budżetu obywatelskiego projektów nie będą mogły składać jednostki gminne czy powiatowe, czyli np. szkoły.
Nawet to, kto jest uprawniony do głosowania na projekty zależy od widzimisię samorządów. Przykładowo w Poznaniu mogą to robić mieszkańcy posiadający czynne prawo wyborcze, osoby mające więcej niż 16 lat zameldowane w mieście oraz osoby studiujące w Poznaniu. Z kolei we Wrocławiu prawo do udziału w konsultacjach ma każdy pełnoletni mieszkaniec.
Gorsze jednak od braku jasnych regulacji są próby wykorzystywania budżetów w celach politycznych. – Budżety sprowadzono do rangi plebiscytów. Jeden z burmistrzów na swoim prywatnym Facebooku zamieścił propozycje do realizacji i zapewnił, że wygra ta, która zdobędzie największą liczbę polubień. To karykatura budżetu obywatelskiego – uważa Jarosław Makowski, szef Instytutu Obywatelskiego.
Z badań instytutu wynika, że zaledwie co dziesiąty projekt spełnia wszystkie kryteria wynikające z definicji budżetu partycypacyjnego. – Wielu samorządowców zamawia strategie w zewnętrznych firmach, które opierają się na wcześniej sporządzonych schematach – wskazuje Makowski.
Nie wszyscy samorządowcy wierzą, że budżety obywatelskie sprawdzają się w Polsce. – Uważam, że należy dawać ludziom narzędzia rzeczywiste, a nie atrapę – komentuje Marek Miros, burmistrz Gołdapi i wiceprezes Związku Miast Polskich. Wskazuje, że w jego mieście znacznie lepiej sprawdzają się fundusze sołeckie, wspierające pojedyncze sołectwa i na które samorząd otrzymuje dofinansowanie z budżetu państwa. – Partycypacja społeczna powinna się poszerzać. Ale tak naprawdę rady miejskie i gminne wydzielają na tyle nikłe środki z budżetu, że można się zastanawiać, jakie motywacje nimi kierują przy ustalaniu budżetu obywatelskiego – dodaje samorządowiec.