Dawno, dawno temu (a konkretnie w 2019 r.), za siedmioma górami, za siedmioma lasami (a konkretnie w Warszawie) mieszkańcy stołecznego Targówka doszli do zatrważającego wniosku, że gdy są poza domem, np. wyjdą po zakupy albo na pocztę, to nie ma gdzie usiąść.
Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
A czasami – wiadomo – chciałoby się chwilę odetchnąć albo po prostu posiedzieć, popatrzeć na drzewa, słońce i rozkopane ulice. Mieszkańcy ci uznali (a konkretnie uznał jeden z nich), że nie będą prosić ani burmistrza, ani prezydenta miasta o postawienie ławek, lecz wezmą sprawę we własne ręce. Mieszkaniec napisał projekt w budżecie obywatelskim na 2020 r.
Postawienie dziewięciu ławek – rzecz banalna. Pomysł spodobał się wszystkim zmęczonym sąsiadom, którzy czasem chcieliby przycupnąć na świeżym powietrzu, i wygrał w dzielnicowym głosowaniu. Ileż było radości z powodu, że w stolicy europejskiego państwa stanie kilka ławeczek! Sęk w tym, że radość ta była przedwczesna. W lipcu 2020 r. Zarząd Zieleni m.st. Warszawy poinformował wnioskodawcę zwycięskiego projektu, że bardzo mu przykro, ale pieniędzy na ławki w budżecie Warszawy nie ma (gdy informował, prezydent Warszawy akurat obiecywał wsparcie finansowe dla innych miast doświadczonych klęską powodzi). I ludzie stoją teraz i myślą, co z budżetem obywatelskim (zwanym też niekiedy partycypacyjnym) jest nie tak. Zapewne nie tylko na warszawskim Targówku, bo przecież patologie mają to do siebie, że są powszechne. I można sobie wyobrazić to, co się dzieje z budżetem obywatelskim w Warszawie, w wielu innych miastach, jeśli nie wszystkich.

Reklama
Na wspomniane ławeczki pieniędzy nie starczyło. Trzeba jednak wiedzieć, że w danej edycji budżetu wygrywa kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt projektów. I na wiele z nich środki się znalazły. Jakimi kryteriami kierują się władze przy wyborze inicjatyw do realizacji? Głównie – niestety – tym, kto złożył dany wniosek projektowy. Te składane przez lokalnych polityków, urzędników i pracowników instytucji publicznych są realizowane w pierwszej kolejności.

99 do jednego

Budżet obywatelski w Warszawie miał być do bólu prosty: mieszkańcy mogą zdecydować o sposobie wydatkowania 1 proc. środków budżetowych. I mogą te pieniądze przeznaczyć na niemal wszystko, niezależnie od tego, na co idzie pozostałe 99 proc. rozdysponowywane przez urzędników. A jednak proszę sobie wyobrazić, że na warszawskim Targówku w tym roku (właśnie trwa głosowanie) od zwykłych mieszkańców pochodzi 48 projektów, zaś 43 inicjatywy złożyli radni, urzędnicy, pracownicy instytucji publicznych oraz ich najbliższe rodziny.
Wartość projektów przeciętnych mieszkańców, na które można zagłosować, wynosi 3 993 290 zł. Wartość tych urzędniczych ponad dwa razy tyle (9 282 203 zł).
Lokalni politycy, urzędnicy oraz pracownicy bibliotek czy ośrodka sportu i rekreacji twierdzą: nie ma zakazu składania przez nas projektów, nie jesteśmy gorszymi mieszkańcami. I mówią prawdę – zakazu nie ma. Być jednak powinien. Po to jest 99 proc. środków w budżecie dzielnicy (miasta), żeby z tych pieniędzy wyremontować szafki dla uczniów szkole, naprawić sprzęt na pływalni czy doposażyć bibliotekę w nowe komputery oraz mazaki. Tymczasem to właśnie z raptem obywatelskiego 1 proc. uczyniono skarbonkę na finansowanie wielu urzędniczych zaniedbań.

Ostatni procent

Pojawia się też argument: niech mieszkańcy wybiorą, co wolą. Tyle że to argument bałamutny, i to z aż trzech powodów. Po pierwsze, jeśli na przejściu dla pieszych przy najbardziej ruchliwej ulicy pojawiają się dziury w asfalcie, a włodarze stwierdzą, że w 99 proc. ich budżetu nie ma pieniędzy na naprawę i pomóc może tylko budżet obywatelski – ludzie wybiorą ten projekt i z tego procenciku zostanie naprawiona droga. Szkopuł w tym, że to wybór iluzoryczny. Ideą włączania obywateli w decydowanie o ich otoczeniu nie było to, by z tych niewielkich środków naprawiać urzędnicze zaniedbania. W założeniu miały to być pieniądze na zbudowanie ścianki wspinaczkowej, tenisowego kortu, posadzenie dodatkowych roślin przy blokach czy zorganizowanie kursu językowego dla seniorów. A nie na naprawę drogi, wyremontowanie pływalni, na którą i tak się wszyscy zrzucamy, czy zakup podstawowego sprzętu do publicznej biblioteki.
Po drugie, kto ocenia, czy projekty zwykłych obywateli w ogóle dopuścić do głosowania? Często ci sami urzędnicy, którzy składają swoje propozycje. Tak zwana weryfikacja merytoryczna – której zresztą wiele inicjatyw nie przechodzi – nie polega jedynie na ocenie, czy wszystkie rubryki w zgłoszeniu zostały wypełnione. Jej elementem jest także ocena przydatności projektu. I bywa tak, że dana inicjatywa zostanie odrzucona, bo nie wpisuje się w politykę rozwoju społeczności lokalnej. Tym samym weryfikatorzy zaprzeczają idei całej inicjatywy, bo przecież o to m.in. w niej chodzi, by realizować to, co nie wpisywało się do tej pory w urzędnicze wizje. W obecnej edycji budżetu doszło nawet do zabawnej sytuacji, w której projekt jednej z mieszkanek co prawda został dopuszczony do głosowania, ale wypaczony. Zawnioskowała ona o usunięcie niebezpiecznych dla dzieci kamieni z jednego z placów zabaw. Urzędnicy przerobili jednak ten projekt tak, że teraz przewiduje on… dosypanie kolejnych kamieni (bo ponoć ładnie wyglądają), a wnioskodawczyni apeluje do ludzi, by nie głosowali na – formalnie – jej inicjatywę.
Po trzecie, konkurs – bo budżet obywatelski jest rodzajem konkursu – ma sens, gdy wszyscy startują z tego samego miejsca. Gdy zaś część ma do przebycia pełną drogę, zaś inni mogą pobiec na metę na skróty, idea zostaje wypaczona. Zwykli obywatele promują swoje projekty wyłącznie w czasie wolnym, za własne pieniądze oraz bez wykorzystywania publicznej infrastruktury. A jak jest z projektami urzędniczymi? Jeśli ktoś pójdzie w dniach, w których odbywa się głosowanie, po książkę do biblioteki, zostanie poproszony przez panią bibliotekarkę, w godzinach jej pracy, o oddanie głosu. Kto odwiedzi lokalny ośrodek sportu, będzie nagabywany, by wsparł swoim głosem rozwój kultury fizycznej. Pobliski dom kultury na weekendowym wydarzeniu dla mieszkańców rozstawił nawet specjalne miejsce do oddawania głosów. O tym, że warto zagłosować na konkretny projekt, możemy się dowiedzieć także z plakatów na fasadach budynków użyteczności publicznej. W internecie, na profilach w mediach społecznościowych aż roi się od reklam projektów urzędniczych. Najdelikatniej więc mówiąc, konkurencja nie jest uczciwa. Jako że nadal nie wszyscy jednak korzystają z sieci, projekty reklamowane są także w lokalnych gazetkach – wydawanych na koszt mieszkańców. W jednej z nich, którą mam właśnie przed oczami, pewien radny zachwala dwa swoje projekty, inny kolejne dwa. Jak na złość, akurat żadnego zwykłego mieszkańca nikt o jego projekty nie zapytał. Czytelnicy są więc gotowi pomyśleć, że mają wybór jedynie pomiędzy inicjatywami złożonymi przez radnych.
Zasłanianie się głosem obywateli jest bałamutne z jeszcze jednego powodu. Otóż wiele osób nie poświęca aż tak wiele uwagi na analizę konkursowych projektów, by wiedzieć, czy są godne zainteresowania. Na przykład „Wyprawa do korzeni Warszawy dla uczniów warszawskich szkół”. Brzmi sensownie, prawda? Być może więc warto wydać na realizację tego wydarzenia – uwaga! – 1,5 mln zł. Dla wielu osób atutem może być również to, że pod projektem podpisały się osoby lokalnie znane: radna m.st. Warszawy oraz wiceburmistrz dzielnicy Targówek. Aż chce się głosować! Czy entuzjazm choćby części mieszkańców nie opadłby, gdyby się dowiedzieli, że dobry znajomy wiceburmistrza – autora projektu – akurat dziwnym trafem prowadzi wioskę archeologiczną obok domu kultury, przy którym ma być realizowany projekt? I że panowie są tak ze sobą zakolegowani, iż nawet razem pojechali do Końskich na debatę prezydencką TVP, by wspólnie – gardło w gardło – zagłuszać zwolenników Andrzeja Dudy? Być może dla niektórych to zupełnie bez znaczenia. Ale przyjmuję, że mogą być także osoby, które by uznały, że nie chcą wspierać pomysłów, na których najprawdopodobniej skorzystają znajomi burmistrza. Bo wówczas przymiotnik „obywatelski” można by zastąpić „koleżeńskim”.

Obywatelska porażka

Byłem jednym z największych orędowników wprowadzenia w Polsce budżetów partycypacyjnych. Uważałem, że to świetne rozwiązanie nie tylko z powodu tego, iż wreszcie zostanie zrobione coś, czego mieszkańcy chcą, lecz przede wszystkim dlatego, że zaktywizuje to ludzi. Szczerze wierzyłem w to, że czas wybierania najlepszych projektów do realizacji będzie okresem ciekawych rozmów pomiędzy ludźmi, którzy w codziennym pędzie mijają się bez powiedzenia dzień dobry. Że pojawi się lokalna debata społeczna. Myślałem, że wreszcie wejdziemy w czas współdecydowania o swoim otoczeniu, że już nie tylko aktywiści z miejskich stowarzyszeń będą interesowali się tym, co blisko nas.
Nie miałem racji. Budżet obywatelski został umorusany politykierką w fatalnym wydaniu i najgorszymi praktykami urzędniczymi. I już wiem, że wszędzie tam, gdzie pojawiają się jakiekolwiek pieniądze, żadna władza, nawet ta lokalna, teoretycznie najbliższa człowiekowi, nie pozwoli obywatelom podejmować decyzji. I zamiast cieszyć się z rozwoju naszej małej społeczności, szczerze mówiąc, nie miałbym wcale ochoty usiąść na jednej ławce z tymi, którzy odarli mnie ze złudzeń.