Kilkunastu stałych pracowników, średnio ponad kilkaset ton żywności odebranej od marketów rocznie i ledwie kilkadziesiąt tysięcy złotych wsparcia – tak wygląda rzeczywistość większości banków żywności (BŻ) w Polsce. Bez unijnego dofinansowania i zaangażowania prywatnych darczyńców większość z nich nie dałaby rady udźwignąć finansowego ciężaru codziennej pracy.

Sytuacja miała się zmienić, a stabilność finansowa poprawić dzięki ustawie o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności. Zgodnie z jej zapisami sieci handlowe musiałyby zawrzeć umowy z organizacjami takimi jak BŻ i przekazywać im niesprzedaną, a wciąż dobrą żywność. Za uchylanie się od tych obowiązków sklepy przekazywałyby 10 gr od każdego kilograma wyrzuconych produktów, a środki te trafiłyby właśnie do organizacji pomocowych. Jednak prace nad ustawą, mimo rzadko spotykanego konsensusu wśród parlamentarzystów, utknęły na etapie sejmowej komisji gospodarki i rozwoju. I prawdopodobnie taki impas utrzyma się do końca obecnej kadencji.

Brak funduszy i pomocy

To zła wiadomość dla BŻ, które – jak wynika z naszej sondy – nie mogą dziś specjalnie liczyć na wsparcie samorządów, choć można powiedzieć, że wspierają je w realizacji ustawowego obowiązku, jakim jest opieka nad potrzebującymi.

W trudnej sytuacji znajduje się m.in. Śląski Bank Żywności, który musi na własną rękę wynajmować magazyn do przetrzymywania odebranej od sklepów żywności. A to koszt rzędu 15 tys. zł miesięcznie. Jan Szczęśniewski, prezes tamtejszego BŻ, podkreśla, że to i tak niedużo jak na komercyjne warunki. – Czy w zasobie Skarbu Państwa nie powinno się jednak znaleźć miejsce, które miasto udostępniłoby za symboliczną złotówkę? – pyta. Zwłaszcza że – jak przypomina – żywność z banku trafia do mieszkańców ponad 50 gmin.

źródło: DGP

O tym, że pieniędzy na wsparcie jest coraz mniej, a potrzeby rosną, bo coraz więcej sklepów angażuje się w pomoc z własnej woli, mówi też Marek Borowski, prezes Federacji Polskich Banków Żywności i szef ich olsztyńskiego oddziału.

– Z samorządów otrzymujemy coraz mniej. Dla wielu z nich priorytetem stało się w ostatnich latach pozyskiwanie funduszy unijnych na różne inwestycje. Muszą więc ciąć wydatki na innych projektach – mówi. Zaznacza, że o ile jeszcze kilka lat temu zarządzany przez niego bank w Olsztynie mógł liczyć na wpływy rzędu 300 tys. zł (zrzucały się na to wszystkie samorządy: urzędy marszałkowski, powiatowy, miejski), tak teraz ma 30 tys. zł.

Podobnego rzędu kwoty wpływają do Radomskiego Banku Żywności, który tylko w 2018 r. uratował przed wyrzuceniem prawie 2450 ton jedzenia. Jak informuje nas Anna Głogowska, koordynatorka pozyskiwania i zbiórek jedzenia, średnio otrzymują oni 40 tys. zł na rok, przy czym w budżecie ustalonym z gminą na transport, który stanowi wysoki i ciągle rosnący koszt, mogą zazwyczaj wydać tylko 3 tys. zł. – Wystarczy kilka dłuższych kursów i ta pula się wyczerpuje. Potem trzeba polegać na dobrej woli i wolontariuszach – mówi.

Napięte budżety

Przepytane przez nas samorządy potwierdzają, że sytuacja banków jest trudna. – Mamy świadomość, że działalność organizacji pożytku publicznego jest niedofinansowana, a dotacje z budżetu państwa, jednostek samorządu terytorialnego oraz z różnych funduszy nie pokrywają potrzeb realizacji działań statutowych tych organizacji. Ale możliwości finansowe gmin oraz zaangażowanie w realizację projektów i inwestycji wieloletnich bardzo często uniemożliwiają udzielenie większego wsparcia – mówi Marta Bartoszewicz, rzeczniczka prasowa Urzędu Miejskiego w Olsztynie.

Podkreśla, że miasto stara się pomóc, jak tylko może, w ramach ograniczonego budżetu, na przykład udostępniając bankowi lokale lub budynki z zasobów gminy na preferencyjnych warunkach (0,56 zł/m²) czy użyczając mu dwa razy w roku samochód wraz z kierowcą, w celu przewożenia żywności zebranej w trakcie wielkanocnej i bożonarodzeniowej zbiórki.

Zapytaliśmy też samorządy, czy śledzą prace nad ustawą. Wszystkie odpowiedziały twierdząco, jednak na razie nie przewidują żadnego dodatkowego wsparcia dla Banków Żywności ani innych organizacji takich jak Caritas czy Polski Czerwony Krzyż. Jest na to za wcześnie – słyszymy.

Przedstawiciele BŻ przekonują jednak, że nie ma na co czekać, bo już dziś lokalne stowarzyszenia, którym banki przekazują jedzenie, ustawiają się w kolejkach. – Wiele z nich odbiera żywność z krótkim terminem tylko raz w miesiącu, a wiemy, że to nie zaspokaja potrzeb ich podopiecznych – mówi Sławomir Cedro z Kieleckiego Banku Żywności.

Klęska urodzaju?

Dziś wszystkie BŻ odbierają jedzenie z ok. 1,2 tys. punktów handlowych. I ich wydolność jest na granicy. Tymczasem, jeżeli przepisy weszłyby w życie w proponowanym kształcie, objętych ustawą byłoby ok. 22 tys. sklepów. Zdaniem naszych rozmówców rodzi to ryzyko, że system pomocy szybko zacznie się dławić od nadmiaru darowizn, a organizacyjny chaos pierwszych miesięcy i fiasko odbioru zmasowanych ilości jedzenia przyniosą więcej strat niż pożytku. Zabrakłoby bowiem rąk do pracy, samochodów do przewiezienia i chłodni do przechowania darowanego jedzenia.

Taki scenariusz przerobili Czesi, którzy przyjęli podobne rozwiązania w zeszłym roku. – Sklepy zgłaszały darowizny, po które nie miał kto przyjechać – mówi Jan Szczęśniewski. I dodaje, że jeżeli wcześniej nie przygotujemy odpowiedniej infrastruktury i nie zapewnimy środków, to czekają nas podobne problemy, tylko że o znacznie większej skali, biorąc pod uwagę, jak dużym jesteśmy krajem.