Sprawa dotyczyła zasiedzenia nieruchomości na warszawskim Bródnie. Wniosek złożyło miasto stołeczne Warszawa, twierdząc, że było posiadaczem tego gruntu jeszcze w latach 70. Faktycznie zaś właścicielem nieruchomości był Zakład Doskonalenia Zawodowego, który nabył działkę od osoby prywatnej około 1967 r. Postawiono na niej później warsztat zakładu. Kiedy w pierwszej połowie lat 70. rozpoczęto budowę osiedla Bródno, wszczęto procedurę wywłaszczeniową, której jednak nie dokończono – ostateczna decyzja o nacjonalizacji gruntu (w tamtych czasach jedynym właścicielem publicznych nieruchomości było państwo; samorząd terytorialny nie istniał) nigdy nie została wydana.
Mimo to działka została częściowo zajęta – warsztat rozebrano, w jednym miejscu posadowiono węzeł cieplny, pozostała część nie została zabudowana. Kilkanaście lat później miasto wydzierżawiło część gruntu pod pawilony handlowe. Nadal jednak sprawa własności działki nie została uregulowana.
Wreszcie ok. 2012 r. miasto zdecydowało się wystąpić na drogę sądową w celu uzyskania prawa własności bródnowskiej działki. Gdy ZDZ dowiedział się o tym, wypadki potoczyły się błyskawicznie – jeszcze w tym samym roku skorygował deklaracje podatkowe w zakresie podatku od nieruchomości, uwzględniając sporną działkę, a następnie odpowiedział miastu powództwem windykacyjnym, żądając zwrotu całej nieruchomości. To postępowanie rychło zawieszono, z uwagi na toczącą się z wniosku miasta sprawę o zasiedzenie.
Reklama
Warszawa jednak całkowicie ją przegrała – żaden sąd nie uwzględnił wniosku ani apelacji, a Sąd Najwyższy oddalił skargę kasacyjną. W całości podzielił on opinię sądów niższych instancji, że miasto nie udowodniło tego, że wykonywało władztwo nad gruntem tak jak właściciel, czyli było przez wszystkie wskazane we wniosku lata (w praktyce od 1974 r. do co najmniej 2004 r.) posiadaczem samoistnym. Wręcz przeciwnie, SN wskazał, że w gruncie rzeczy postępowanie dotyczące wywłaszczenia prowadzone prawie 50 lat temu nie miało na celu usunięcia z działki właściciela, czyli ZDZ. Zgodnie bowiem z ówcześnie obowiązującym art. 35 ustawy z 1958 r. o zasadach i trybie wywłaszczania nieruchomości organy administracji państwowej, instytucje i przedsiębiorstwa państwowe mogły za zezwoleniem władz gminnych, miejskich lub dzielnicowych zakładać i przeprowadzać na nieruchomościach – zgodnie z zatwierdzoną lokalizacją szczegółową – ciągi drenażowe, przewody służące do przesyłania płynów, pary, gazów, elektryczności oraz urządzenia techniczne łączności i sygnalizacji, a także inne podziemne lub nadziemne urządzenia techniczne niezbędne do korzystania z tych przewodów i urządzeń. Zaś osobom upoważnionym przysługiwało prawo dostępu do nich w celu wykonywania czynności związanych z ich konserwacją.
– Nic więcej z ówczesnych działań nie wynikało. Przyjąć więc należy, że nie chodziło tu o wywłaszczenie rozumiane jako pozbawienie prawa własności gruntu, ale tylko o ograniczenie w korzystaniu z nieruchomości, czyli w praktyce – o ustanowienie służebności na gruncie uczestnika. Ale decyzji wywłaszczeniowej nigdy nie wydano. Gdyby bowiem państwo wówczas chciało odebrać uczestnikowi grunt, to by go wywłaszczyło. W konsekwencji miasto nie mogło być posiadaczem samoistnym spornej nieruchomości i nie mogło jej zasiedzieć – stwierdziła sędzia Marta Romańska, zamykając rozprawę.
Wyrok Sądu Najwyższego z 5 kwietnia 2019 r., sygn. akt I CSK 148/18. www.serwisy.gazetaprawna.pl/orzeczenia