Temat ferm w ostatnich tygodniach poruszany był na forum Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego już kilkakrotnie. Gminy coraz bardziej naciskają na rząd, by zamiast ogólnikowych deklaracji przeszedł do działania.

Śmierdząca samowolka

Lokalnym władzom nie podoba się, że działające na masową skalę chlewnie i kurniki powstają właściwie bez żadnej kontroli ze strony władz lokalnych. Potem są uciążliwe dla mieszkańców ze względu na unoszący się w okolicy odór. Chodzi też o aspekt finansowy. Gminy skarżą się, że na działalności tego typu podmiotów uzyskują „symboliczne” wpływy podatkowe. Jak twierdzą włodarze, budynki gospodarcze lub ich części zajęte na prowadzenie tzw. działów specjalnych produkcji rolnej (w tym fermowej hodowli i chowu drobiu) zwolnione są od podatku od nieruchomości.

– Od 2009 r. tylko w naszym województwie przybyło 260 nowych lokalizacji – wyliczał na ostatnim posiedzeniu Komisji Wspólnej Janusz Sypiański ze Związku Gmin Warmińsko-Mazurskich (ZGWM).

Samorządowcy wskazywali, że pierwszy krok w kierunku rozwiązania problemów gmin można wykonać stosunkowo szybko. Wystarczy wprowadzenie regulacji, by fermy nie mogły powstawać na podstawie decyzji o warunkach zabudowy (tzw. wuzetek), lecz wyłącznie na mocy miejscowych planów zagospodarowania. Inwestycję łatwiej jest bowiem zrealizować na podstawie otrzymanej wuzetki. Natomiast jeśli teren objęty jest planem miejscowym, mogłoby się okazać, że zlokalizowanie fermy wielkoprzemysłowej jest niemożliwe, bo gmina przewidziała daną działkę np. pod cele turystyczne lub zabudowę mieszkaniową.

Przedstawiciele Ministerstwa Środowiska (MŚ) wprost nie ustosunkowali się do propozycji ZGWM, choć jednocześnie z miejsca jej nie odrzucili. A to dla samorządowców pozytywny sygnał. Urzędnicy przyznali, że problem z fermami istnieje.

– One podlegają kontroli inspekcji ochrony środowiska, ponieważ jest ona wzmacniana, kontrole będą intensywniejsze – zapowiedzieli ministerialni urzędnicy.

Jak podali, już w tym roku przeprowadzono kontrolę 140 zakładów wielkoprzemysłowych spośród 156 wymagających pozwolenia zintegrowanego. W 62 stwierdzono różnego rodzaju naruszenia. Z kolei z 859 ferm drobiu skontrolowano 269 i naruszenia stwierdzono w aż 189.

– Mamy zdiagnozowaną sytuację i jesteśmy gotowi do wprowadzenia odpowiednich regulacji – zadeklarowali urzędnicy MŚ.

Wskazali, że w Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska trwają prace nad nowym rozporządzeniem w sprawie przedsięwzięć mogących znacząco oddziaływać na środowisko i że dokument czeka na wpis do wykazu prac legislacyjnych. Specjalny zespół roboczy pracuje też nad tzw. ustawą odorową.

– Prace są prowadzone etapowo i obejmują określenie wymagań dla lokalizacji nowych inwestycji uciążliwych zapachowo oraz opracowanie rozwiązań dotyczących istniejących inwestycji – enigmatycznie zapowiada w rozmowie z nami resort środowiska.

W trakcie obrad Komisji Wspólnej przedstawiciele MŚ nie chcieli deklarować, czy prowadzone prace zakończą się sukcesem, bo problem ten jak dotąd nie został rozwiązany w żadnym z państw europejskich. Jak podaje nam ministerstwo, w 2017 r. do organów inspekcji ochrony środowiska w zakresie uciążliwości zapachowej wniesiono 1565 skarg, co stanowi prawie 65 proc. spraw z zakresu zanieczyszczenia powietrza.

Analiza ministerstwa

MŚ to niejedyne ministerstwo, które w ostatnim czasie samorządy zmusiły do zajęcia jakiegoś stanowiska w kwestii ferm wielkoprzemysłowych. Głos zabrało także Ministerstwo Finansów (MF). Chodziło o argumenty władz lokalnych mówiące o tym, że w polskim ustawodawstwie brakuje przepisów pozwalających na rozgraniczenie tego, co jeszcze jest działalnością rolniczą, od tego, co jest już działalnością na skalę przemysłową. W tej kwestii gminy wsparł już np. szef sejmowej komisji samorządowej Andrzej Maciejewski z Kukiz’15.

– Skutkiem tego niedoprecyzowania jest np. fakt, iż fermy generujące znaczne dochody korzystają ze zwolnień z podatku od nieruchomości i nie wnoszą żadnego wkładu do budżetu gmin, na terenie których się znajdują – napisał poseł w interpelacji skierowanej do MF.

Jednocześnie polityk dopytuje, czy istnieje możliwość podjęcia odpowiednich działań legislacyjnych służących doprecyzowaniu pojęcia „działalność rolnicza” – tak, aby działalność polegająca np. na hodowli bydła po przekroczeniu limitu np. 5 tys. sztuk mogła być uznana z mocy ustawy za działalność przemysłową.

Co na to resort? W rozmowie z nami urzędnicy utrzymują, że przepisy ustawy z 12 stycznia 1991 r. o podatkach i opłatach lokalnych (t.j. Dz.U. z 2018 r. poz. 1445) nie przewidują zróżnicowania sytuacji prawnopodatkowej podmiotów prowadzących działalność rolniczą (w tym produkcję zwierzęcą) ze względu na rozmiary tej działalności. – MF dostrzega jednak zauważony problem ferm wielkoprzemysłowych i analizuje aspekt prawnopodatkowy tego zagadnienia – słyszymy w resorcie.

Właściciele ferm wielkoprzemysłowych niechętnie komentują sprawę. – Szkoda, że nikt nie dostrzega tego, że zapewniamy miejsca pracy dla wielu osób. Poza tym często jest tak, że domy jednorodzinne powstają później niż ferma, a potem ludzie podnoszą raban. Przecież wiedzieli, na co się decydują, budując obok swój dom – mówi nam jeden z przedsiębiorców.

Na razie wygląda jednak na to, że lobbing gmin jest skuteczniejszy.