Dziś w Parlamencie Europejskim odbędzie się długo oczekiwana debata plenarna na temat unijnej dyrektywy o prawach autorskich. Głosowanie nad wersją przepisów opracowaną przez komisję prawną PE wraz ze zgłoszonymi poprawkami zaplanowano na jutro. Przyjęty tekst będzie następnie punktem wyjścia do zawarcia porozumienia z Radą UE (ta przyjęła swoje stanowisko w maju).
Przed wakacjami większość europosłów odrzuciła projekt komisji i zadecydowała, że wymaga on szerszej dyskusji i wprowadzenia korekt na sesji plenarnej. Nasilająca się w ostatnich tygodniach kampania lobbingowa zwolenników i przeciwników reformy dotyczy dwóch kluczowych komponentów dyrektywy: ustanowienia praw pokrewnych (art. 11) oraz nałożenia na platformy internetowe obowiązku wyłapywania i usuwania materiałów naruszających prawa autorskie (art. 13).
Po jednej stronie stoją więc wydawcy, dziennikarze, artyści i inni twórcy (listy poparcia skierowane do europosłów podpisali m.in. Paul McCartney, Placido Domingo i Mike Leigh), po drugiej – branża technologii cyfrowych i organizacje promujące otwarty internet (przeciwko reformie opowiedzieli się m.in. internetowy pionier Tim Berners-Lee oraz założyciel Wikipedii Jimmy Wales).
Reklama
Rzecznicy proponowanych regulacji uważają, że w sposób wyważony zapewnią one wszelkiej maści autorom należne wynagrodzenie za korzystanie z owoców ich pracy. I tak dzięki prawom pokrewnym wydawcy prasowi, którzy ponoszą koszty powstania utworów (np. wynagrodzenia redakcji), mogliby zażądać od serwisów internetowych publikujących fragmenty artykułów ich dziennikarzy opłat za wykorzystanie treści chronionych. Innymi słowy, portale musiałyby podzielić się zyskiem, jaki czerpią z emitowanych reklam internetowych czy gromadzenia danych użytkowników. Oczywiście prawa pokrewne nie dotyczą utworów odtwarzanych na własne potrzeby lub na prawach cytatu, do stworzenia parodii czy w celach dydaktycznych. Wbrew potocznej nazwie „podatek od linków” nowy przepis nikomu nie zabroni linkowania. Projekt komisji prawnej PE zasadniczo popiera Rada UE, choć jej zdaniem prawa pokrewne należy ograniczyć jedynie do znaczących fragmentów publikacji prasowych, a ochrona wydawców z tego tytułu powinna trwać rok (komisja chce pięcioletniego okresu ochronnego).
Drugi budzący skrajne emocje przepis ma zniwelować problem luki wartości (value gap), czyli dysproporcji między honorariami, jakie mają ze swojej pracy twórcy, i zyskami, które osiągają z niej pośrednicy – zwłaszcza tacy jak serwisy streamingowe i społecznościowe. Komisja europarlamentu chce, aby ci ostatni zawierali umowy licencyjne z właścicielami praw autorskich, a jeśli tego nie zrobią – musieli stosować odpowiednie narzędzia, aby wykrywać ewentualne naruszenia (nie ma to jednak nic wspólnego z ogólnym obowiązkiem monitorowania wszystkich treści). Co ważne, w przypadku usunięcia materiału oznaczonego jako chroniony użytkownik, który go opublikował, musi mieć łatwy dostęp do ścieżki odwoławczej. Również ta propozycja nie budzi sprzeciwu Rady UE, choć jej zdaniem należy wyraźnie zwolnić platformy z odpowiedzialności w sytuacji, gdy przegapią pojedyncze materiały autorskie (bądź przeciwnie – zablokowały treści niepodlegające ochronie), ale wykażą, że dokładają starań, żeby zapobiec nadużyciom.