Etat stanie się deficytowym towarem? Przybędzie biednych pracujących? A może trwająca właśnie rewolucja w zatrudnianiu poprawi jego jakość? To zależy tylko od nas
Schyłek wieku kojarzy się z końcem epoki, strachem przed nieznanym, upadkiem dotychczasowych struktur społecznych, politycznych, gospodarczych. Dwie dekady temu – gdy kończył się nie tylko wiek, ale całe tysiąclecie – wspomniane skojarzenia były znacznie bardziej wymowne. Zwłaszcza że zbiegły się w czasie z rewolucją geopolityczną (upadkiem ZSRR i końcem zimnej wojny) oraz technologiczną (rozwojem internetu i nowoczesnych środków komunikacji). Tę pierwszą ukierunkował Francis Fukuyama w słynnym eseju „Koniec historii?” z 1989 r. Sformułował tezę, zgodnie z którą upadek komunizmu kończy dotychczasowy proces historyczny i jest równoznaczny ze zwycięstwem liberalnej demokracji. Z kolei w 1995 r. Jeremy Rifkin, inny amerykański publicysta ekonomiczny, obwieścił koniec pracy. W publikacji (o takim tytule) przewidywał, że już w najbliższych latach coraz większym problemem będzie brak etatów, bo nowoczesne technologie i coraz powszechniejsza automatyzacja procesów produkcji spowodują brak zapotrzebowania na pracowników.
Reklama
Po ponad dwóch dekadach od opublikowania tych głośnych tez wydaje się, że żadna z nich się nie sprawdziła. Wydarzenia z ostatnich lat, w szczególności ataki terrorystyczne na tle religijnym, wzrost nastrojów antyliberalnych w Europie, wojna na Ukrainie, wyraźnie potwierdzają, że Fukuyama nie miał racji. Teoretycznie mylił się też Rifkin. Nowoczesne technologie przyczyniły się do zmian w warunkach wykonywania pracy, ale jej nie ograniczyły. Jest wręcz odwrotnie – w wielu krajach praca jest dostępna jak nigdy wcześniej. Rekordy zatrudnienia odnotowano m.in. w Polsce (15,8 mln zatrudnionych) i w Niemczech (43 mln w 2015 r.; bezrobocie – po raz pierwszy od zjednoczenia tego kraju spadło do poziomu poniżej 2 mln osób). Ale czy z tezą Rifkina nie zgodziłby się pracownik fabryki z Włoch, który właśnie traci etat, bo firma zdecydowała się przenieść produkcję do Malezji? Albo jego odpowiednik z USA, który został zwolniony, bo w zakładzie zautomatyzowano proces pracy? Czy nie poparłby jej absolwent ogólniaka z Hiszpanii, który – tak jak połowa jego rówieśników – może jedynie marzyć o etacie i zadowala się dorywczym zatrudnieniem? Lub mieszkaniec małej miejscowości w Polsce, który wie, że może liczyć co najwyżej na zlecenie, a jakakolwiek firma zatrudni go, tylko jeśli dostanie na to pieniądze z publicznego pośredniaka? Czy rezygnacja z 35-godzinnego tygodnia pracy nie jest końcem pewnej epoki dla przeciętnego pracownika z Francji? Czy zatrudniony w korporacji Koreańczyk, który po powrocie z pracy do domu włącza firmowy laptop i pracuje aż do momentu, gdy zasypia, jest jeszcze tylko pracownikiem? Te wszystkie osoby mogłyby sparafrazować Rifikina i powiedzieć: praca się nie skończyła, ale na pewno skończyło się zatrudnienie, jakie dotychczas znaliśmy. Nikt do końca nie wie, gdzie wytyczone są granice tych zmian. I co nas czeka po ich przekroczeniu.

Reklama
Czas i miejsce
To globalne przeobrażenie pracy nastąpiło pod wpływem wielu czynników. Zatrudnienie od zawsze jest powiązane z gospodarką, a ta, jak ujął to prof. Jacek Męcina z Instytutu Polityki Społecznej UW „przeszła transformację z modelu fordowskiego na postfordowski”. W krajach rozwiniętych zatrudnienie nie jest już oparte na masowej produkcji dóbr przez wielkie zakłady. Od lat rośnie rola usług, a te nie sprzyjają stabilnemu zatrudnieniu, zwłaszcza w zakresie miejsca i czasu pracy. Jednocześnie rozwój komunikacji, transportu, nowoczesnych technologii przyspieszył gwałtownie globalizację. A ta w zakresie zatrudnienia przejawia się przede wszystkim w możliwości alokacji miejsc pracy – firmy przenoszą produkcję do krajów, które oferują najbardziej konkurencyjne warunki do prowadzenia działalności. Również pod kątem kosztów i warunków pracy.
Rozwój technologiczny wpłynął także na sam sposób wykonywania obowiązków zawodowych. Internet umożliwia dziś pracę z dowolnego miejsca, a to przyczynia się do rozluźnienia tradycyjnej więzi między pracodawcą a pracownikiem. Jednocześnie zmniejszający się udział przemysłu w strukturze gospodarki oznacza, że do lamusa odchodzą stanowiska wymagające codziennego stawienia się przez pracownika w konkretnym miejscu i czasie. Te zmiany zaburzają całkowicie dotychczasowe pojęcie czasu pracy – dzięki komunikacji elektronicznej wielu zatrudnionych może pracować nie tylko od godziny 9.00 do 17.00 w siedzibie firmy, lecz także w domu lub w każdym innym dowolnym miejscu (jeśli do pracy wystarczy im laptop i podłączenie do sieci). Zarówno zmiana struktury gospodarki, jak i rozwój technologii przyczyniły się także do tego, że praca zyskała bardziej koncepcyjny, a mniej fizyczny charakter – coraz więcej osób jest zatrudnianych do wykonania konkretnego zadania lub projektu wymagającego specyficznych umiejętności i doświadczenia. To zaś służy wykonywaniu pracy w formule tzw. wolnych strzelców (freelancer). Pracownicy nie chcą się wiązać z jednym pracodawcą, dla którego długotrwale mają wykonywać zadania jednego rodzaju. Wolą samodzielnie decydować o podejmowaniu współpracy z różnymi podmiotami, o ile dysponują unikatowymi kwalifikacjami na rynku.
Nowoczesne technologie przyczyniają się też do automatyzacji procesów produkcji. Maszyny zastępują człowieka już nie tylko przy pracach prostych, niebezpiecznych lub monotonnych. Są wykorzystywane zarówno w halach montażowych wielkich fabryk, jak i np. szpitalach lub punktach usługowych. Dla przykładu Foxconn, potentat na rynku urządzeń elektronicznych, wykorzystuje do pracy 50 tys. robotów (szef firmy Terry Gou zapowiedział, że co roku ma przybywać 10 tys. takich „pracowników”). Wprowadzenie ich rozważa coraz więcej firm z innych branż. Ed Rensi, były szef McDonald’s, uznał, że „zakup robotycznego ramienia za 35 tys. dolarów jest bardziej opłacalny niż zatrudnianie nieefektywnego pracownika, który pakuje frytki za 15 dolarów za godzinę”.
Wpływ tych wszystkich czynników na warunki świadczenia pracy jest aż nadto widoczny. Na szczeblu rządów przejawia się on w uelastycznianiu prawa pracy, co ma zapewnić skuteczniejszą konkurencję krajowym firmom na globalizującym się rynku. W 2012 roku uelastyczniono prawo pracy w Hiszpanii (m.in. zmniejszono wysokość odpraw i ułatwiono procedury zwolnień grupowych). W Niemczech wprowadzono tzw. konta czasu pracy, które umożliwiają jego dostosowanie do potrzeb firm. We Francji wprowadzono możliwość wydłużenia dotychczasowego 35-godzinnego tygodnia pracy. We Włoszech rok temu ujednolicono zasady zatrudniania i uelastyczniono przepisy dotyczące zwolnień pracowników. Dla zatrudnionych oznacza to powolne pożegnanie z dotychczasowym modelem welfare state, czyli państwa opiekuńczego, które dba o jakość życia obywatel.
To niejedyne wyzwanie, z jakim muszą się w najbliższym czasie zmierzyć. Walka o „cięcie kosztów” oraz zmieniające się potrzeby firm i samych podwładnych przyczyniła się też do upowszechnienia niestandardowych form zatrudnienia oraz zastępowania umów o pracę cywilnoprawnymi. W Polsce na podstawie tych ostatnich kontraktów pracuje około 1,4 mln osób, 0,7 mln jest zatrudnianych przez agencje pracy tymczasowej (wykonują obowiązki doraźnie i na gorszych warunkach), a 1,1 mln to samozatrudnieni, czyli osoby, które prowadzą działalność gospodarczą, ale nikogo nie zatrudniają (w praktyce większość z nich to pracownicy najemni, tyle że nieposiadający ochrony przewidzianej w przypadku umów o pracę).
Analizując efekty zmian na rynku pracy, nie można zapominać też o kondycji systemów ubezpieczenia społecznego. Oparte są one na wpłatach (składkach) dokonywanych przez zatrudnionych. Skoro miejsc pracy ma ubywać, a jednocześnie rosnąć będzie liczba osób starszych (ze względu na wydłużanie średniego trwania życia), systemy te w przyszłości staną się coraz bardziej niewydolne. Dla przykładu już dziś polski ZUS nie mógłby zapewnić wypłaty wszystkich należnych świadczeń bez corocznej dotacji z budżetu państwa. Dodatkowo popularność niestandardowych podstaw wykonywania pracy (np. samozatrudnienia lub umów cywilnoprawnych) także wynika z możliwości opłacania niższych składek niż w przypadku pracowników. Pieniędzy we wspólnej kasie jest więc coraz mniej, a potrzeby wypłat są coraz większe.
Może być źle
Wszystkie wspomniane zmiany w zasadniczy sposób zmieniły dotychczasowy charakter pracy. I prowokują pytania: jak daleko posunie się uelastycznianie prawa pracy? Czy zatrudnienie w przyszłości będzie odrębnym stosunkiem prawnym, gwarantującym podstawowe uprawnienia pracownikom, czy też stanie się zwykłym kontraktem biznesowym zawieranym przez dwie strony na dowolnych zasadach? W jaki sposób takie zmiany wpłyną na społeczeństwo? Czy trzeba liczyć się z rewolucją technologiczną w pracy czy też buntem tych grup społecznych, które najboleśniej odczują zmiany na rynku zatrudnienia?
Podążając śladami Radosława Mleczki (i jego rozważań o współczesnym czasie pracy, „Wolność i praca cyfrowego tubylca” DGP nr 97/2016) można rozpatrywać pesymistyczny i optymistyczny scenariusz ewolucji. W tym pierwszym należy założyć, że prawo wciąż jest uelastyczniane, co w powiązaniu z rozwojem nowoczesnych technologii i pracy zdalnej z dowolnego miejsca oznacza w praktyce wykonywanie obowiązków w nielimitowanym czasie (z danych OECD wynika, że w soboty pracuje już np. co trzeci Włoch i Francuz oraz co czwarty Niemiec). W pogoni za konkurencyjnością gospodarczą rozwijane są też niestandardowe formy zatrudnienia (w tym na umowach cywilnoprawnych). Powoduje to istotne skutki społeczne. Pogłębi się polaryzacja na rynku, czyli podział na pracowników i zatrudnionych na innych, mniej stabilnych kontraktach niż umowa o pracę. Ta druga grupa to prekariat. Guy Standing, brytyjski ekonomista i autor tego pojęcia, wskazuje, że obejmuje ono „wiele osób, które żyją w niepewności, podejmując krótkoterminowe prace bez możliwości kształtowania swojej kariery zawodowej, w tym miliony dobrze wykształconych młodych oraz kobiet, dla których rynek pracy wciąż jest opresyjny, a także imigrantów oraz osób określanych jako „wyłączeni” z rynku zatrudnienia”. Ten dualizm już teraz prowadzi do nierówności w zakresie dochodów – zamożni bogacą się jeszcze szybciej, a ubożeje klasa średnia oraz pracownicy najemni. Z raportu Instytutu Polityki Społecznej UW wynika, że już teraz co siódmy pracujący w Polsce jest biedny, przy czym wśród zatrudnionych na umowę o pracę na miano biedaków zasługuje 7 proc., natomiast wśród pracujących na umowach cywilnoprawnych – aż 25 proc. Pojęcie biednych pracujących (czyli osób, które wykonują pracę zarobkową, ale nie są w stanie się z niej utrzymać na poziomie zapewniającym minimum socjalne) nie jest obce także w innych krajach. Z danych US Census Bureau (amerykańskiego urzędu statystycznego) wynika, że co jedenaste amerykańskie gospodarstwo domowe od 2007 roku notuje spadek realnych dochodów. Około 50 mln Amerykanów to osoby ubogie.
Dodatkowo czarny scenariusz powinien zakładać, że postępująca automatyzacja procesów produkcji przyczyni się do ubytku miejsc pracy. Z badania przeprowadzonego przez Oxford Martin School oraz Oxford University wynika, że 35 proc. stanowisk pracy w Wielkiej Brytanii i aż 47 proc. w Stanach Zjednoczonych będzie w przyszłości zagrożonych likwidacją ze względu na automatyzację. Badanie wykazało, że największe obawy powinny mieć osoby wykonujące pracę związaną z powtarzalnymi procesami, zadaniami biurowymi i wsparciem sprzedaży. Tego typu zmiany nie uniknie także polski rynek pracy. Z raportu firmy Adzuna, która w tym roku przeanalizowała 198 tys. krajowych ofert pracy, wynika, że co czwarta propozycja zatrudnienia (50 tys.) będzie nieaktualna w 2035 r.
Etat może stać się więc towarem deficytowym, co będzie wywoływać trudne do przewidzenia skutki społeczne i polityczne. Zdaniem Guya Standinga największym zagrożeniem jest ryzyko, że populistyczne ugrupowania polityczne będą starały się wykorzystać sytuację niepewności i lęku do zdobycia coraz szerszego poparcia. Podkreśla, że wystarczy „obwiniać rząd i obcych”.
Rosnące nierówności, ubytek miejsc pracy, niewydolność systemu ubezpieczeń społecznych będą też prowokować pytania o wprowadzenie tzw. bezwarunkowego dochodu podstawowego. Model polityczno-finansowy zakładający, że każdy obywatel otrzymuje od państwa określoną kwotę pieniędzy (za którą nie jest wymagane żadne świadczenie pieniężne), był dotychczas testowany np. w ramach samorządów miejskich. Jego wprowadzenie w wersji ogólnokrajowej planuje Finlandia (system przewiduje wypłatę konkretnej kwoty i jednoczesne wycofanie świadczeń socjalnych). W maju tego roku referendum w sprawie dochodu podstawowego przeprowadzono w Szwajcarii (większość opowiedziała się przeciwko takiemu pomysłowi).
Lepsza wizja
Możliwy jest jednak także inny, bardziej optymistyczny scenariusz. W szczególności nie jest przesądzone to, że wraz z rozwojem nowoczesnych technologii będzie ubywać miejsc pracy. Automatyzacja nie jest procesem nowym, trwa co najmniej od okresu XVIII-wiecznej rewolucji przemysłowej i na tej podstawie można snuć prognozy skutków, jakie wywoła w przyszłości. Dotychczasowe doświadczenia wskazują, że w krótkotrwałej perspektywie ma ona negatywny wpływ na rynek pracy, bo oznacza gwałtowny wzrost bezrobocia (w szczególności w grupie pracowników słabiej wykwalifikowanych, wykonujących prace proste). Może się to przerodzić w szkodliwe dla gospodarki protesty (na podobieństwo XIX-wiecznego ruchu luddystów; przeciwstawiali się oni zastępowaniu pracowników przez maszyny tkackie i w akcie desperacji zaczęli je niszczyć). W dłuższym okresie rozwój technologiczny kreuje jednak nowe miejsca pracy, tyle że o odmiennym charakterze. Na przykład jeszcze kilkanaście lat temu nie można było przewidzieć, że firmy będą zatrudniać specjalistów od marketingu w portalach społecznościowych. Takie tendencje potwierdziły badania Iana Stewarta, Debapratima De oraz Alexa Cole’a z brytyjskiego oddziału Delloite. Na podstawie spisów ludności przeanalizowali oni transformację angielskiego i walijskiego rynku pracy pomiędzy 1871 a 2011 rokiem. Okazało się, że jeszcze w 1901 roku około 200 tys. osób (z łącznej liczby 32,5 mln) zajmowało się zawodowo praniem. W 2011 w zawodach związanych z tym zajęciem pracowało już tylko 35 tys. osób spośród 56 mln mieszkańców Anglii i Walii. Jednocześnie rosła liczba zatrudnionych np. w edukacji, opiece, specjalistycznych usługach (np. liczba księgowych w omawianym okresie zwiększyła się z 9,8 tys. do 215 tys.). Te przemiany w ostatnich latach znacząco przyspieszyły. Od 1992 roku zatrudnienie np. stenotypistek zmniejszyło się o ponad 70 tys. (spadek o 57 proc.), ale liczba specjalistów z branży IT wzrosła o 227 tys. (wzrost o 195 proc.).
Te zmiany wiążą się także z innym optymistycznym zjawiskiem – poprawia się jakość i komfort zatrudnienia. Jakkolwiek praca księgowego nie każdemu wydaje się atrakcyjna, to jednak nie ulega wątpliwości, że jest to przyjemniejsze zajęcie niż pranie ubrań. To właśnie postęp cywilizacyjny i rozwój technologii spowodowały, że człowiek nie musi już wykonywać wielu uciążliwych i niebezpiecznych prac. Ta tendencja w przyszłości może mieć jeszcze większy wpływ na poprawę warunków pracy.
Również możliwość wykonywania obowiązków zawodowych z każdego miejsca i o każdym czasie nie musi być równoznaczna z wykonywaniem obowiązków zawodowych na okrągło. Optymistyczny scenariusz zakłada, że pracownicy będą potrafili wykorzystać nowoczesne technologie do lepszej organizacji pracy, zwiększenia jej wydajności i poszerzenia swobody w jej wykonywaniu. Radosław Mleczko ujmuje to w następujący sposób: „Po co jeździć codziennie do firmy, spędzając godziny w korkach, aby na miejscu zalogować się do komputera i spędzić przy nim cały dzień? Po co, pracując w administracji, księgowości, kancelarii prawnej, agencji reklamowej, meldować się codziennie przy swoim biurku, skoro można te prace z powodzeniem wykonać z dowolnego miejsca i w mniej lub bardziej dowolnym czasie? Ile czasu tracimy w pracy tylko po to, żeby w niej być, a nie wykonywać ją? Pozostawać do dyspozycji pracodawcy, a nie pracować?”.
Nie można też zapominać o innych zaletach zmian, jakie przyniosły internet i komunikacja elektroniczna. Umożliwiają one np. popularyzację własnej działalności gospodarczej na niespotykaną dotychczas skalę. Dla przykładu – za pomocą platform elektronicznych można uzyskać fundusze na różnego rodzaju indywidualne przedsięwzięcia. Wykorzystuje się w tym celu konsumenckie pożyczki społecznościowe i crowdfunding, czyli finansowanie projektów przez społeczność, która jest lub zostanie wokół nich zorganizowana. To innowacyjny sposób na pozyskanie funduszy na rozkręcenie biznesu.
W ostateczności możliwe jest nawet wyhamowanie (choć na pewno nie wyeliminowanie) zmian w prawie niekorzystnych dla pracowników. Dopuszczalne jest np. przyznanie części uprawnień pracowniczych (np. prawa do urlopu) osobom zatrudnianym na innych podstawach niż umowa o pracę lub objęcie ich minimalną płacą. Zwłaszcza jeśli takie zmiany w prawie byłyby efektem nowej umowy społecznej na linii rząd – pracodawcy – pracownicy. Rola dialogu społecznego wobec wyzwań, jakie niesie ze sobą globalizacja, alokacja i automatyzacja procesów produkcji, może być bezcenna. W długoterminowej perspektywie każdej ze wspomnianych stron powinno przecież zależeć na tym, aby przewidywania co do końca pracy okazały się nieprawdziwe.
Od nas wszystkich zależy to, który ze scenariuszy – pesymistyczny lub optymistyczny – się sprawdzi.
Foxconn, potentat na rynku urządzeń elektronicznych, wykorzystuje do pracy 50 tys. robotów (szef firmy Terry Gou zapowiedział, że co roku ma przybywać 10 tys. takich „pracowników”). Wprowadzenie ich rozważa coraz więcej firm z innych branż. Ed Rensi, były szef McDonald’s, uznał, że „zakup robotycznego ramienia za 35 tys. dolarów jest bardziej opłacalny niż zatrudnianie nieefektywnego pracownika, który pakuje frytki za 15 dolarów za godzinę”

Kup w kiosku lub w wersji cyfrowej