Pracodawcy wciąż narzekają, że nie ma chętnych do pracy. My – że nie ma dobrych ofert. Jednocześnie cały czas słyszymy, że w końcu nastał czas pracownika. Że to my możemy wreszcie dyktować warunki. Dlaczego więc praca jest, a jednocześnie jej nie ma?
Karolina, z wykształcenia socjolog, pół roku bez pracy w województwie lubelskim, zapewnia, że bardzo chce pracować, ale już wie, że w swoim zawodzie nie ma szans na stałe zatrudnienie. Kiedy szuka gdziekolwiek – w urzędzie, domu opieki czy przedszkolu – słyszy, że nie ma odpowiednich kwalifikacji. Pracodawcy mówią jej, że nie mają czasu na szkolenia, bo potrzebują pracownika na już. – Nawet gdybym chciała się przebranżowić, nikt nie da mi szansy. Z kolei w miejscach, gdzie mój brak doświadczenia byłby do przełknięcia, oferta pracy okazują się poniżej przyzwoitości. Na gębę, miesięczną umowę-zlecenie albo na uścisk dłoni. Nie ma się co czarować, umowy o dzieło, zlecenia, czyli po prostu zwykłe śmieciówki, przodują w ogłoszeniach o pracę – dodaje z żalem.
Nawet jeśli ogłoszeniodawca zapewnia „umowę o pracę”, to szybko się okazuje, że tylko kusi. Na etat, pół, nawet ćwierć nie ma najmniejszych szans. Podobnie jak na zgłoszenie przez pracodawcę do NFZ. Kto chce mieć dostęp do lekarza, musi sam opłacać dobrowolne ubezpieczenie zdrowotne. Za bagatela prawie 400 zł miesięcznie. Zdarzają się prywatne ubezpieczenia grupowe, ale oferują je zazwyczaj korporacje. Mniejsze przedsiębiorstwa oszczędzają. Albo pensja, albo ubezpieczenie, i to dla pracownika, który zaczyna pracę z marszu, nie po trzech miesiącach szkoleń.