Na moje pytanie, dlaczego jest tak mało ocen negatywnym wśród pracowników administracji rządowej, szefowa służby cywilnej odpowiedziała, że to jest wina sądów. Otóż dyrektorzy generalni nie dają słabych not, bo są uchylane przez sędziów. Bardzo mnie zdumiała taka argumentacja.
Praca urzędników jest więc oceniana pozytywnie nawet wówczas, gdy źle pracują. Ich przełożeni co najwyżej próbują ich nakłonić do polubownego odejścia z pracy. Podobnie jest z postępowaniami dyscyplinarnymi, o których napisaliśmy w DGP. Na 122 tys. członków korpusu służby cywilnej rocznie jest wszczynanych tylko 500 postępowań dyscyplinarnych, przy czym 1/3 kończy się delikatnym upomnieniem. Wniosek z tych statystyk jest taki, że nawet zły urzędnik nie musi obawiać się wydalenia z pracy. Pracownicy dorabiają na boku, czasami przychodzą do pracy pod wpływem alkoholu i mogą się obawiać tylko nagany. Nawet wśród samorządowych nauczycieli nie ma takiej stabilizacji zawodowej, jak wśród członków korpusu służby cywilnej. Ci pierwsi mogą się obawiać zwolnień chociażby z powodu niżu demograficznego.
Tymczasem zarobki w służbie cywilnej nie należą do niskich – są wyższe od średniej krajowej nawet o 800 zł. Stabilizacja i dobre pensje oraz nagrody pieniężne przyznawane wszystkim urzędnikom – niezależnie od zaangażowania poszczególnych osób – nie przeszkadzają pracownikom urzędów w narzekaniu, że mają zamrożone od kilku lat płace. Sami jednak nie chcą odchodzić z pracy do prywatnych firm i trzymają się kurczowo budżetówki. I wcale się im nie dziwię, że boją się zatrudnienia w prywatnej firmie, bo tu nie mogą liczyć na wyrozumiałość przełożonego.