Tadeusz Mazowiecki powierzył mi wówczas jako premier obowiązki generalnego komisarza wyborczego. Nominacja nosiła datę 17 marca, a wybory samorządowe miały się odbyć 27 maja i gdyby nie merytoryczne wsparcie takich osób jak Kazimierz Czaplicki, niezmiernie trudno byłoby mi wywiązać się z tych obowiązków, a może w ogóle doszłoby do jakiegoś kompromitującego załamania organizacyjnego przy tej okazji.

Jeśli tak się nie stało, to w dużej mierze jest to zasługa właśnie Kazimierza Czaplickiego, który jako jeden z nielicznych wówczas w kraju miał przyzwoite rozeznanie w procedurach wyborczych. Z niecierpliwością i pełni wahań czekaliśmy potem razem na ocenę tych wyborów ze strony Rady Europy. Gdyby raport kontrolerów był niepomyślny, moment naszego członkostwa w tej organizacji musiałby być odłożony. Jak wiadomo, tak się wówczas na szczęście nie stało.

Kolejne lata umacniały tylko moje najlepsze zdanie o kwalifikacjach i rzetelności urzędniczej pana Kazimierza Czaplickiego, a nie jest to tylko moja ocena. Identycznie sądzili przede wszystkim członkowie kolejnych składów Państwowej Komisji Wyborczej, którzy nieodmiennie przez wszystkie lata po 1989 r. widzieli go na stanowisku szefa Krajowego Biura Wyborczego.

Tylko ktoś, kto nie ma dostatecznego rozeznania w organizacji aparatu wyborczego, może kwestionować fachowość, rzetelność, uczciwość i polityczną bezstronność Kazimierza Czaplickiego, który nie tylko dla mnie pozostaje wzorem prawdziwego civil servanta, a nie mamy ich w państwie zbyt wielu. Powinno się ich nosić na rękach, a nie opluskwiać, bo stanowią wartość samą w sobie, i to znacznie cenniejszą niż całe tabuny polityków przewijających się przez Wiejską.

Nie wiem, czy w ciągu tych dwudziestu kilku lat, licząc od pamiętnego 4 czerwca, odbyło się choć jedno posiedzenie komisji sejmowej czy senackiej zajmującej się problematyką wyborczą bez udziału Kazimierza Czaplickiego i czy zdarzyło się kiedykolwiek, by jego głos w trakcie obrad był lekceważony bądź podważany. Obowiązujący kodeks wyborczy to przecież głównie też jego zasługa i chciałoby się życzyć każdemu, kto zajmuje się organizacją państwa, by pozostawił po sobie równie trwały ślad.

Problematyką wyborczą zajmuję się ostatnio w mniejszym stopniu, ale nadal mam wiele okazji, by orientować się dostatecznie w zawiłościach prawa wyborczego i problemach organizacji wyborów. Kiedy jednak potrzebuję jakiejś konsultacji w tej materii, od lat najchętniej kieruję pytania właśnie do pana Kazimierza Czaplickiego, zawsze uzyskując potrzebne i życzliwe, daleko idące wsparcie.

Ubolewam od lat nieodmiennie, że II Rzeczpospolita potrafiła znacznie szybciej niż współczesne elity polityczne docenić znaczenie dobrze przygotowanych kadr urzędniczych i zbudować odpowiednie ramy prawne, finansowe i organizacyjne dla służby cywilnej. Stosowna ustawa uchwalona została już w 1922 r., choć wiadomo, w jak trudnej sytuacji znajdowało się wówczas nasze państwo. Powiedzmy sobie szczerze: nie potrafiliśmy pójść ich śladem, nie potrafiliśmy nadać służbie cywilnej odpowiedniej rangi, nie mówiąc już o urzędniczym etosie. W mojej ocenie dzieje się tak dlatego, że mało kto dziś rozumie, czym służba cywilna jest – a bez niej tzw. politycy mogą stanowić godną pożałowania zagubioną grupę, szamocącą się z materią państwową, nie bardzo rozumiejąc, po co są i co mają w państwie robić.

Przywołany tu atak na jednego z najlepszych naszych urzędników dowodzi, że czeka nas pod tym względem jeszcze długa nauka.