Średnio o 2,7 procent wzrosły w listopadzie pensje w przedsiębiorstwach w porównaniu do tego samego okresu ubiegłego roku. Przeciętnie zarabiamy 3781 złotych brutto, czyli około 2,7 tysiąca złotych na rękę - podał wczoraj Główny Urząd Statystyczny. Powodów do zadowolenia jednak nie ma. Od kilku miesięcy wyraźnie bowiem widać, że ceny rosną szybciej niż wynagrodzenia. Najprościej mówiąc, oznacza to tyle, że za tę samą pensję możemy kupić mniej produktów.

- "Spadek realnych płac jest najsilniejszy od 2004 roku" - podkreśla Ignacy Morawski, główny ekonomista Polskiego Banku Przedsiębiorczości. - "Wówczas jednak sytuacja pracowników była lepsza, bo temu zjawisku nie towarzyszyło jednocześnie tak duże ryzyko wzrostu bezrobocia".

Z sytuacją, w której wskaźnik inflacji jest wyższy od przeciętnego wzrostu wynagrodzeń mamy już w Polsce do czynienia od połowy roku. - "To może spowodować, że w rezultacie będzie ona również miała wpływ na wyniki konsumpcji, bo w obliczu spowolnienia gospodarczego Polacy zaczną bardziej oszczędzać" - podkreśla Ignacy Morawski.

Taka sytuacja wynika przede wszystkim z faktu, że przedsiębiorcy w ostatnich miesiącach wyraźnie wstrzymali się z podwyżkami, nawet jeżeli ich sytuacja finansowa jest dobra. Wszyscy obawiają się bowiem tego, jak rozwinie się sytuacja gospodarcza w Polsce zwłaszcza w pierwszym i drugim kwartale przyszłego roku. 

- "Sytuacja jest dość specyficzna. Z jednej strony pracownik firmy boi się pójść po podwyżkę, bo widzi prognozy dotyczące wzrostu bezrobocia i doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że o nową osobę na jego miejsce nie będzie trudno. Z drugiej strony mamy pracodawcę, który za wszelką cenę unika tematu podwyżek, a jak już się taki pojawi, to ucina go stwierdzeniem, że jest kryzys" - mówi Bernhard Matussek, szef firmy doradztwa personalnego Kienbaum Polska.

Tym sposobem obecny rok zakończymy z realnie mniejszymi płacami, choć nominalnie, "na papierze" będzie widać ich wzrost. Money.pl zapytał głównych ekonomistów bankowych o to, jak duża będzie ta różnica. Wszyscy są zgodni, co do tego, że tegoroczna średnia inflacji, będzie wyższa od średniego wzrostu wynagrodzeń.

Ekonomiści podkreślają, że sytuacja wyglądałaby jeszcze gorzej, gdyby nie to, że na początku 2012 roku GUS pokazywał dość wyraźny wzrost wynagrodzeń, co ma wpływ na całoroczną średnią.

Można powiedzieć, że sytuacja tylko symbolicznie zmieni się w przyszłym roku. Obawy o spowolnienie wzrostu gospodarczego i skok bezrobocia nawet do poziomu powyżej 13 procent będą powodować, że firmy równie niechętnie będą decydować się na podwyżki. Według prognoz ekonomistów przed realnym spadkiem wartości naszych pensji będzie nas chroniła tylko spadająca inflacja.

- "Trudno oczekiwać, by sytuacja na rynku pracy szybko się poprawiła. Spowolnienie wzrostu gospodarczego spowoduje, że popyt na pracę będzie spadał przy jednoczesnym wzroście liczby rąk do pracy. To spowoduje, że Polacy będą mniej kupować i spadnie również konsumpcja" - podkreśla Marta Petka-Zagajewska, główna ekonomista Raiffeisen Banku.

Jednym pocieszeniem może być w takich prognozach to, że w przyszłym roku w kieszeniach nie odczujemy wyraźnego wzrostu cen żywności i paliw, które zwykle stanowią najistotniejszy element domowych wydatków.

Sytuacja na rynku pracy będzie jednak kiepska. Wczorajsze dane GUS pokazały, że w listopadzie zatrudnienie w przedsiębiorstwach spadło o 0,3 procent. Wartość może wydawać się symboliczna, ale potwierdza jednocześnie widoczny w tym roku trend, który pokazuje, że firmy wstrzymały się z rekrutowaniem nowych pracowników.

Łukasz Pałka, Money.pl