2 mln 271 tys. – dokładnie tyle jednoosobowych działalności gospodarczych było w Polsce na koniec września tego roku. Jak wynika z Badań Aktywności Ekonomicznej Ludności, ich liczba w ciągu roku skurczyła się o 51 tys., a w ciągu 15 miesięcy – o 64 tys. Ten trend zaskoczył nawet ekonomistów i ekspertów od rynku pracy. – Spadek jest nietypowy. Dotychczas w obliczu gospodarczych perturbacji liczba jednoosobowych firm rosła, ponieważ uchodziły one za miejsce pracy ostatniej szansy – ocenia prof. Elżbieta Kryńska z Uniwersytetu Łódzkiego.

Tym razem jest jednak inaczej. Duże firmy na razie nie wykonują gwałtownych ruchów i jeżeli już decydują się na ograniczenie zatrudnienia, robią to ostrożnie. Sami pracownicy z kolei nie kwapią się tak bardzo jak dawniej do zamiany etatu na działalność gospodarczą. Wolą pracować za nieco mniejsze pieniądze, za to na umowie o pracę, która daje im poczucie bezpieczeństwa, a w razie zwolnienia gwarantuje odprawę lub przynajmniej okres wypowiedzenia.

– Dotyczy to przede wszystkim firm i instytucji z sektora publicznego – zwraca uwagę Piotr Bujak, główny ekonomista Nordea Banku. Dodaje, że malejąca liczba firm to także efekt tego, że rynek jest już nimi mocno nasycony, przez co prowadzenie własnego biznesu obciążone jest coraz większym ryzykiem niepowodzenia.

– Czasy są tak trudne, że także najmniejsze firmy tracą zamówienia na swoje wyroby czy usługi. Część z nich nie ma wyboru i musi zamknąć działalność, i szuka pracy na etacie – uważa Marcin Peterlik z Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową.

Te opinie znajdują potwierdzenie w innych statystykach – tych dotyczących przedsiębiorstw, które zatrudniają przynajmniej jednego pracownika. Na koniec III kw. tego roku takich firm było 679 tys., czyli o 28 tys. więcej niż przed rokiem. Potwierdza się zatem, że dziś od pracy na własny rachunek wolimy pracę u kogoś, nawet jeżeli ten ktoś jest naszą rodziną.

– Część jednoosobowych firm zaczęła zatrudniać krewnych, którzy nie mogli znaleźć płatnego zajęcia, i w ten sposób awansowały one do grupy pracodawców – twierdzi Piotr Rogowiecki, ekspert organizacji Pracodawcy RP. W ten sposób drobni przedsiębiorcy nie tylko dzielą się z bliższą lub dalszą rodziną zarobkami, lecz także zapewniają krewnym ubezpieczenia zdrowotne i opłacają im składki emerytalne. Ponadto – jeżeli wierzyć właścicielom samych firm – wolą zatrudniać kogoś z rodziny niż obcego. Innymi słowy wierzą, że w trudnych czasach więzy krwi są w biznesie ważniejsze niż kompetencje.

Bezpieczny etat

Gospodarka z coraz większą siłą naciska na hamulec. Jeszcze w I kw. PKB zwiększył się o 3,6 proc., podczas gdy w III urósł już tylko o 1,4 proc. Efekty tego widać na rynku pracy – armia bezrobotnych liczy blisko dwa miliony osób i – zdaniem ekspertów – będzie się powiększała z każdym miesiącem. Wróżą oni, że jeżeli koniunktura nadal będzie się osłabiała, to znajdziemy się w podobnej sytuacji jak podczas spowolnienia w latach 2001–2002. Wtedy w najgorszym momencie stopa bezrobocia przekroczyła 20 proc., a bez pracy było 3,2 mln osób. Ale jednocześnie wówczas padł także inny rekord – zarejestrowanych było ok. 2,7 mln jednoosobowych firm, czyli o ok. 400 tys. więcej niż obecnie.

Z jednej strony pracodawcy zmuszali wówczas pracowników do zakładania firm i świadczenia na ich rzecz usług na podstawie umowy o współpracy. Z drugiej ci, którzy zostali zwolnieni, z własnej inicjatywy uruchamiali biznes i próbowali w nim swoich sił. Zdaniem niektórych ekspertów ten trend jeszcze powróci. – I to już za pół roku, kiedy naprawdę dotknie nas kryzys. Wtedy nasilą się zwolnienia w przedsiębiorstwach i coraz więcej osób będzie się decydowało na założenie jednoosobowej działalności gospodarczej – przekonuje prof. Elżbieta Kryńska z Uniwersytetu Łódzkiego, ekspert od rynku pracy. Dodaje, że w kryzysie stworzenie własnej firmy i znalezienie odpowiedniej niszy rynkowej będzie dla wielu osób jedyną szansą na zarobek i utrzymanie rodziny.

Ale same firmy nie będą już naciskały na to, aby ich pracownicy rezygnowali z etatu i przechodzili na samozatrudnienie. Bo dziś, jeśli chcą zwiększyć możliwości produkcyjne lub poszerzyć usługi, to albo korzystają z pracowników agencji pracy tymczasowej, albo zatrudniają pracowników na czas określony. Z danych GUS wynika, że w III kw. tego roku umowy terminowe miało blisko 3,3 mln osób. A to oznacza, że aż 27 proc. pracowników najemnych pracowało na kontraktach czasowych.

Z kolei liczba pracodawców wzrosła nie tylko dlatego, że małe firemki zatrudniają krewnych. – Część jednoosobowych firm zdecydowała się na zatrudnienie większej liczby osób jeszcze pod koniec ubiegłego roku lub nawet w pierwszej połowie tego, gdy koniunktura gospodarcza była jeszcze dobra – wyjaśnia Jakub Borowski, główny ekonomista Kredyt Banku.