Perspektywa co najmniej spowolnienia wzrostu to przewidywanie oparte na mocnych przesłankach. A trafne wydaje się przyjęcie, że w przypadku wzrostu poniżej 3 proc. PKB zatrudnienie nie rośnie (przynajmniej w sektorze przedsiębiorstw). Z drugiej strony jest faktem, że jakaś część zarejestrowanych bezrobotnych pracuje na czarno (chyba nie ma wiarygodnych danych, jaka jest to część). Ale też, o czym zapominają zwolennicy tezy o zawyżonym wskaźniku bezrobocia, jest z pewnością znaczna grupa faktycznie bezrobotnych i niezarejestrowanych, gotowych podjąć pracę na rynkowych warunkach. Tę grupę tworzą przede wszystkim zamężne kobiety, które wiedzą, że rejestracja nic im właściwie nie daje. Prawo do korzystania z usług służby zdrowia mają „po mężu”, a prawo do zasiłku przysługiwałoby tylko niewielu z nich. Z zasadnego twierdzenia, że niektórzy wyłudzają status bezrobotnego, nie wynika niestety, że oficjalny wskaźnik jest zawyżony.

Co zrobić? Tylko niepoważni ludzie mają przekonanie, że problem można względnie łatwo rozwiązać. Poseł Palikot jakiś czas temu obwiesił Warszawę i pewnie inne miasta billboardami ze swoją podobizną i z napisem: „Zero bezrobocia, teraz!”. To jednak folklor, którym zajmować się nie warto. Gorzej, że utrzymuje się przekonanie, także wielu poważnych ludzi, iż problem można rozwiązać przez uelastycznienie rynków pracy i radykalne zmniejszenie „klina podatkowego”. Powszechne jest także przeświadczenie, że efektywnym środkiem są szkolenia i pomoc w zakładaniu własnej działalności gospodarczej.

Nie twierdzę oczywiście, że te działania nie mają żadnego znaczenia dla rozmiarów bezrobocia. Pewnie radykalne kroki w tym zakresie pozwoliłyby (raczej przejściowo) urwać ze wskaźnika bezrobocia 2 – 3 punkty procentowe.

Jednak zwolennicy tego modelu zwalczania bezrobocia przyjmują, że istnieje prawie nieograniczona substytucja pracy i kapitału. A zatem potanienie pracy (choćby przez redukcję „klina podatkowego”) zaowocuje wzrostem popytu na pracę. Lekceważy się to, że w bardzo wielu branżach, nawet w handlu, rozmiary zatrudnienia są konsekwencją dostępnej technologii i w praktyce nie ma tu wyboru. Lekceważy się też następstwa potanienia pracy dla popytu. Wszak trzeba pamiętać, że jeżeli koszt pracy zostanie zredukowany np. przez ograniczenie kosztu ubezpieczenia, to, przynajmniej w długim okresie, jest to równoważne ze zmniejszeniem płacy. Podobnie działa elastyczność w zatrudnieniu. Pracownicy, którzy mogą być w dowolnym momencie zwolnieni, muszą na taką ewentualność zgromadzić oszczędności. Oczywiście wątpliwe jest też założenie, że płace mogą być dowolnie elastyczne w dół. Trzeba wiele wyobraźni, by założyć, że najniższe płace mogą być niższe od obecnej płacy minimalnej.

Powyższe argumenty obecnie wydają się szczególnie ważne. Dziś rozmiary produkcji, a więc i zatrudnienia, wyznaczone są przez popyt. Owszem, zmniejszenie kosztów pracy może sprzyjać eksportowi, ale zarazem silnie uderzać będzie w popyt krajowy. Na drodze deregulacji rynku pracy też nie można się spodziewać walnego zwycięstwa nad bezrobociem.

Dla wysokości stopy bezrobocia kluczowe znaczenie mieć będzie tempo wzrostu. Warto z uwagą słuchać ostatniego zalecenia MFW, który sugeruje nawet, by poświęcić cel szybkiej redukcji deficytu finansów sektora publicznego na rzecz ochrony popytu. Oczywiście z redukcji deficytu w ogóle zrezygnować nie można, ale znaczenie kluczowe ma poszukiwanie zrównoważonej formuły polityki makroekonomicznej.

W najbliższych kilku latach nie ma realnej możliwości zredukowania bezrobocia do poziomu powiedzmy 5 proc., ale kluczowe znaczenie mieć będzie to, czy bezrobocie wynosić będzie 15 proc., czy szybko spadnie poniżej 10 proc. Nie można się też dalej powstrzymywać od bardziej hojnej alimentacji dla bezrobotnych, ale także zdecydowanego przeciwstawienia się wyłudzaniu nienależnego statusu bezrobotnego. Wtedy można mieć nadzieję, że ludzie zrozumieją zasadność ponoszonych kosztów. W przeciwnym razie może pojawić się zapotrzebowanie na usługi iluzjonistów, którzy obiecują: zero bezrobocia, teraz!